W imię euro – emigracja rozbija rodziny czy je wzmacnia?

· 510 odsłon · Skomentuj! · Autor:
W imię euro – emigracja rozbija rodziny czy je wzmacnia?

<i>W Polsce jest mój dom, nigdy nie wyjadę do Niemiec</i>, twierdzi Dorota. Dla kasy godzi się jednak, by jej mąż, co tydzień przemierzał niemal 2 tysiące kilometrów. Zazdrość i samotność rozsadzała związek na odległość Sabiny i Norberta. Euro na koncie to kusząca perspektywa. Czy jednak za finansowy spokój nie płaci się zbyt wysokiej ceny?

W tej historii wiele emigracyjnych rodzin znajdzie cząstkę siebie. Cząstkę smutku, niepokoju, radości czy obaw. Tęsknotę za życiem we wspólnocie, której drogę przecięło euro. Sabina i Norbert… Dorota i Bernard… jedni wytrzymali ledwie rok… drudzy od 7 lat widują się jedynie w weekendy.

Początki... miłe złego?

Dorota i Bernard

Bernard poznał Dorotę, postawną blondynkę, na urodzinach u wspólnego znajomego. Od razu wpadła mu w oko. Roześmiana, dobrze ubrana, zabawna... Nie zrażało jej, że mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża tylko na sobotę i niedzielę. Po pół roku weekendowego randkowania i wspólnym dwutygodniowym wypadzie nad Morze Północne wynajęli dom w Pszczynie. Bernard przyjeżdżał na Śląsk w sobotę nad ranem, by w niedzielę wieczorem znów wsiąść w samochód, i jak co tydzień, pokonać 920 km do Bielefeldu. Tam wsiadał za kierownicę TIRa i ruszał w dalszą drogę. Pół roku później odbył się ślub i huczne weselisko, a niedługo potem Dorota zaszła w ciążę. Obiecywali sobie, że ta sytuacja potrwa rok, najwyżej dwa lata... Tymczasem od 7 lat Bernard regularnie pokonuje, co tydzień ponad 1 840 km, by weekend spędzić z Dorotą oraz bliźniakami, Amelką i Mateuszem.

Sabina i Norbert

Poznali się, gdy byli ledwie nastolatkami i niedługo potem zagrano im Marsz Mendelssohna. Całe swoje życie związani z niewielką miejscowością pod Opolem. Najpierw urodziła się Beatka i Krzyś, a po sporej przerwie, rok po roku, Rozalka i Zuzanka. Z jednej strony obydwoje bardzo zaradni. Z niemodnego ciucha Sabina potrafiła wyczarować odjazdową kreację. Za pomocą kupowanych za grosze dodatków zamieniała trochę zrujnowany już dom w przytulne i eleganckie gniazdko. Norbert miał „złotą rączkę” do wszystkich domowych robót, a i przy samochodzie majstrować potrafił tak, że w każdego gruchota wkładał kolejne życie. Z drugiej jednak strony obydwoje naiwni, zbyt ufni, łatwi do wykorzystania. Pracę najpierw mieli, niezbyt dobrze płatną, ale koniec z końcem wiązali. Na chleb z masłem i cienko pokrojoną kiełbasą wystarczało. Pewnego dnia przestało. Norbert pracował „na czarno” u mechanika. Sabina natomiast kolejny rok była bez pracy. Dlatego zdecydowali, że to ona pojedzie za Odrę za chlebem.

Życie na dwa domy

Dorota i Bernard

- Tu jest mój dom, nie chcę wyjechać do Niemiec – zaperza się Dorota. Trudno zliczyć, ile takich rozmów już przeprowadziła z Bernardem. Od 7 lat panuje w ich związku status quo. On w niedzielę wieczorem wsiada w samochód, by wrócić w sobotę nad ranem. - Oczywiście, że ufamy sobie. Taki związek musi być zbudowany na zaufaniu – twierdzą obydwoje. Cena, jaką płacą za finansową stabilizację, jest jednak duża. Życie na dwa domy kosztuje. W Polsce doskwiera Dorocie brak męża w codziennych domowych sprawach. Gdyby był na miejscu miałby kto zniszczyć gniazdo os, które pojawiło się znienacka pod dachem. Emocjonalnie cierpią też bliźniaki. Chodzą do szkoły i swoimi osiągnięciami chciałyby pochwalić się tacie. Chciałyby, żeby czasami przyjechał po nie do szkoły swoim wielkim czarnym samochodem. Tęsknią, pytają kiedy wróci. Czasami nawet pytają, czy on tam gdzieś, w Niemczech nie ma innych dzieci, które bardziej kocha. - To są trudne pytania i trudne chwile – przyznaje Dorota.

Sabina i Norbert

- Hm, zaufanie. To trudny temat – Sabina i Norbert spoglądają na siebie niepewnie, by po chwili spuścić wzrok. Po wyjeździe Sabiny Norbert został z czwórką dzieci w domu. Owszem, te najstarsze pomagały w opiece nad młodszymi, ale łatwo nie było. Norbert codziennie musiał chodzić do pracy. Po pracy obiad, zadanie domowe z tymi starszymi. Dom też trzeba było ogarnąć... I jeszcze to, jeszcze tamto. Takie chociażby zaplatanie dziewczynkom warkoczyków, zanim wyruszą do przedszkola. - Tak, to było na początku ciężkie wyzwanie – śmieje się Norbert. Sabina przyjeżdżała, co dwa tygodnie, dokładała zarobione euro do wspólnej kasy. Można było dom zacząć remontować, bo się sypał, kilka mebli dokupić. Nawet, po 7 latach przerwy, wybrali się na rodzinne krótkie wakacje. Niby dobrze, ale... Pojawiła się zazdrość. Norbert, przytłoczony domowymi obowiązkami i samotnością, zaczął robić Sabinie awantury. Najpierw przez telefon, przez Skype, a jak przyjeżdżała, osobiście. Dlatego Sabina ograniczyła przyjazdy do Polski i w podopolskiej pojawiała się wsi już tylko raz na miesiąc.

Jest euro, nie ma więzi

W 2013 roku tylko na samej Opolszczyźnie doliczono się niemal 10 tyś tzw eurosierot, dzieci których zwykle jedno z rodziców (a czasami obydwoje), pracuje za granicą. Badacze uważają jednak, że liczba to liczba niedoszacowana i takich rodzin jest na pewno więcej. Rodzin, gdzie ceną za wyższy poziom życia jest osłabienie rodzinnych więzi i zanik wzorców wychowawczych, których dzieci nie mają skąd czerpać. Na przykład wzorzec ojca – głowy rodziny, tak silnie zakorzeniony na Śląsku. To może skutkować przez kilka pokoleń, bo zwłaszcza córki wychowane bez ojców, mogą mieć problem z właściwą identyfikacją roli mężczyzny w rodzinie. Swoją cenę płacą też dorośli. Kobiety, których mężowie wyjechali, mówią o syndromie „pustego łóżka” i braku męskiej ręki w domu. Weekendowe małżeństwa są też bardziej podatne na zdradę, a co za tym idzie, ryzyko rozwodu. Gdy na zarobek wyjeżdżają kobiety, ognisko domowe często rozsypuje się. - Finansowo, owszem, mamy się lepiej, ale emocjonalnie to katastrofa – podsumowuje Dorota, machając na pożegnanie mężowi, którego zobaczy dopiero za pięć dni.

Co dalej...

Dorota i Bernard

- Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie mamy planu B – kiwa ze smutkiem głową Dorota. - Wiem tyle, że on ma w Bielefeld bardzo dobrze płatną pracę, a ja nie chcę przeprowadzić się do Niemiec. Próbujemy tę sytuację jak najbardziej unormalnić. Weekendy są tylko nasze. Wspólne wyjazdy, kino, czasami spotkanie z rodziną i przyjaciółmi. Najfajniej jest w wakacje, bo wtedy cały czas jesteśmy razem. Niektórzy nawet sobie nie zdają sprawy, jaką frajdą może być wspólne oglądanie filmu w telewizorze. Ile jeszcze tak wytrzymamy? Nie wiem – przyznaje.

Sabina i Norbert

- Były kłótnie, podejrzenia... - przyznają oboje. - Finansowo, owszem, wychodziło nieźle. Dobrze było zarabiać w euro a wydawać w złotówkach. Ale kolejnego roku byśmy nie wytrzymali. Dlatego Sabina wróciła do Polski, do domu, męża i dzieci. Wkrótce potem urodził się Mateusz... Finansowo nie mają się za dobrze. Sabina nie pracuje. Nie dlatego, że nie chce ale tylko dlatego, że w małej podopolskiej wsi nie ma wielu wakatów. Pracuje za to Norbert, bo piątka dzieci w domu to nie w kasze dmuchał. Do południa zatem pracuje w firmie budowlanej w Opolu, po południu, do późnej nocy u mechanika. Ledwo wiążą koniec z końcem, ale są razem.

Jolanta Reisch-Klose

Informacje o publikacji
Cześć. Jestem słynną Majką z portalu MyPolacy.de i jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o portalu lub masz ciekawą informację do przekazania, zapraszam :) München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie