Blaski i cienie szperanego interesu

· 3.8k odsłon · Skomentuj! · Autor:
Blaski i cienie szperanego interesu

Śpią w samochodach na parkingu. Codzienną toaletę odbywają w tak zwanych „supermarketowych” łazienkach. Posiłki jedzą albo na mieście, albo jeśli je sobie sami ugotują na malutkich, elektrycznych kuchenkach. Czas wolny spędzają, wypatrując stert używanych rzeczy, które wystawiają przed swoje domy zamożniejsi mieszkańcy Niemiec. Wystawkowicze, bo o nich mowa, wiedzą, że poświęcenie się opłaca, bo na pozyskanych na niemieckich wystawkach rzeczach, w kraju zarobią nawet kilka tysięcy złotych.

Milicz – niewielkie 25-tysięczne miasteczko położone niecałą godzinę drogi na północny-wschód od Wrocławia, w którym o pracę trudno, a bezrobocie jest spore (w lokalnym pośredniaku zarejestrowanych jest około 3 tys. ludzi). Jak na lekarstwo szukać tam większych zakładów, a i ziemia (słaba, piaskowa, mało żyzna) nie nadaje się pod uprawę. Teren obfituje za to w lasy i stawy, ale z tego ciężko żyć.

Patrząc na liczby mówiące o wysokiej liczbie osób pozostających bez pracy i wygląd miasta trudno uwierzyć, że panuje w nim wysokie bezrobocie, a mieszkańcy z trudem wiążą koniec z końcem. Dlaczego?

W Miliczu niczym grzyby po deszczu powstają nowe osiedla (nie tylko bloków, ale także domów jednorodzinnych), po ulicach jeżdżą nowe modele samochodów, a gospodynie domowe niemal codziennie objuczone zakupami wracają z małego sklepiku. Czyżby Miliczanie znaleźli sposób na biedę?

Szperany interes – czy to się opłaca?

Lodówki, rowery, kosiarki, telewizory, garnki, obrazy… W czasie trwania niemieckich wystawek ludzie pozbywają się nie tylko zniszczonych sprzętów AGD i RTV, ale także rzeczy, które im się już nie przydadzą, a które bardzo często zajmują miejsce w piwnicach czy garażach.

To, co dla innych jest śmieciem czy niepotrzebnym starociem, inni – wystawkowicze pakują do swoich samochodów, przywożą do Polski, naprawiają i… znajdują kupców!

Gdybym nie miał kupców, to bym tego nie robił. A ci przychodzą, zdarza się nawet, że regularnie i zawsze znajdą coś dla siebie – śmieje się pan Andrzej, który wspomina swoje początki w tym biznesie: Na wystawki jeżdżę już od kilku lat. Zaczynałem z tysiącem złotych, które pożyczyłem od teścia. Wynająłem busa, załatwiłem plan wystawek i pojechałem, nie znając języka. Z początku nie dojadałem, nie dosypiałem. Ciągle tylko wypatrywałem na ulicach świeżo wyniesionych sprzętów. Było ciężko, nie ukrywam. Nie raz chciałem zrezygnować z prowadzenia tego interesu. Wytrwałem. Teraz jeżdżę własnym busem, mam pod sobą pracowników, kupiłem mieszkanie, mam dwa samochody, a moja żona nie pracuje, bo nie musi”. „Gdzie ja bym zarobił taką kasę? Nawet tytuł magistra mi tego nie zapewni – konkluduje pan Andrzej.

Szperacze niechętnie mówią o tym, ile zarabiają, ale cicho szeptają (tak, żeby nie usłyszeli ich „nowi”, bo to przecież potencjalna konkurencja), że to złoty interes, choć dość niepewny, ponieważ nie mają oni stałego miesięcznego dochodu.

Zdarzają się przypadki, że ci, którym nie udało się na ulicach znaleźć niczego ciekawego, wchodzą w układy z pracownikami niemieckich serwisów. Za większą cenę kupują pralki, lodówki, telewizory, ale mają pewność, że sprzęt nie jest zepsuty.

Blaski…

Kilka lat temu pan Bogdan wraz z żoną prowadził w Miliczu własną hurtownię warzyw i owoców. Z początku interes miał się dobrze. W hurtowni pana Bogdana zaopatrywali się nie tylko sąsiedzi, ale także właściciele mniejszych sklepów ogólnospożywczych i sprzedający na targach. Z czasem w okolicy zaczęły pojawiać się supermarkety. Kolejne lokalne sklepy (z dnia na dzień) ogłaszały bankructwo. Pan Bogdan tracił klientów. Kilka miesięcy później nie było ich już wcale. Razem z żoną podjęli decyzję o zamknięciu hurtowni. Teraz żyjemy z wystawek. Władze miasta uważają, że zagracamy miasteczko śmieciami z Niemiec, ale ja na brak klientów nie narzekam – tłumaczy pan Bogdan.

W powiecie milickim zarejestrowanych jest około 1000 busów. Jak się okazuje, wszystkie jeżdżą na wystawki do Niemiec.

Żyję z tego, co znajdę na niemieckich ulicach. Nie wstydzę się tego. Mam założoną działalność gospodarczą, płacę podatki, składki na ZUS. W czwartki i piątki sprzedaję tutaj w Miliczu. W soboty jeżdżę na giełdę do Lubina, a w niedziele na Niskie Łąki koło Wrocławia – opowiada pan Andrzej, który jak na prawdziwego szperacza przystało, posiada specjalny kalendarz, w którym odnotowuje dni niemieckich wystawek w poszczególnych miastach.

I cienie…

Gdybym znalazł stałą robotę, zaraz rzuciłbym wystawki. Nie za bardzo podoba mi się spędzanie większości czasu w samochodzie na niemieckim parkingu, jedzenie „zup z proszku” i odbywanie toalety w supermarkecie, a jak przyjdzie pora – „rzucanie się” na rzeczy, które dla większości są już śmieciami – mówi pan Robert, który dodaje: Dobrze jak w Niemczech pozyskam rzecz za darmo, ale niektórzy Niemcy za np. uszkodzoną lodówkę żądają kilkanaście euro, a ja przecież muszę towar przywieźć do Polski. Chcąc go sprzedać, muszę go wcześniej naprawić, co wiąże się z kolejnymi kosztami. Efekt? Czasami dopłacam do biznesu. No, ale za co będę żył? Przecież tutaj nie ma pracy.

Najbardziej boli mnie, jak inni ludzie mówią o mnie szperacz, busiarz, czy wystawkowicz. Wolę importer rzeczy używanych. Czy to nie brzmi poważniej? – pyta rozżalony pan Bogdan. Chcę, tylko by inni ludzie traktowali mnie i osoby, których sposobem na życie są niemieckie wystawki, z szacunkiem – dodaje.

Na co dzień ze sobą konkurują, ale w razie potrzeby potrafią zewrzeć szyki

Kilka lat temu o szperaczach było wyjątkowo głośno, po tym, jak wspólnie z importerami samochodów blokowali polsko-niemieckie przejście graniczne, sprzeciwiając się zakazowi sprowadzania do Polski uszkodzonych samochodów z zagranicy.

Źródło: bankier.pl, naszemiasto.pl

Zdjęcie: https://www.flickr.com/photos/bakewell/16733886, autor: Jerry Bakewell

Informacje o publikacji
Cześć. Jestem słynną Majką z portalu MyPolacy.de i jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o portalu lub masz ciekawą informację do przekazania, zapraszam :) München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie