Udostępnij

Jerzy Kwarciak -„Zawsze mówię, kim jestem i to zrobiło wrażenie na moich pracodawcach w Niemczech”

Jerzy Kwarciak -„Zawsze mówię, kim jestem i to zrobiło wrażenie na moich pracodawcach w Niemczech”

Patrząc z perspektywy czasu, okazuje się, że powód ekonomiczny oraz chęć podniesienia jakości życia kilkadziesiąt lat temu, i przywołując współczesne czasy, nadal są głównym powodem opuszczania kraju, szczególnie wśród osób wybitnie uzdolnionych.

Kiedy wyemigrowałeś do Niemiec?

Jerzy Kwarciak: Był to rok 1987. Kilka miesięcy wcześniej byłem na konferencji naukowej w Kanadzie, gdzie zaproponowano mi kontrakt z Concordia University Montreal. To przyspieszyło moją decyzję o emigracji.

Dlaczego Zachód?

JK: 1977 roku ukończyłem studia na Uniwersytecie Śląskim, na wydziale chemii. Zaraz po tym zacząłem pracę na Uniwersytecie w Instytucie Fizyki i Chemii Metali, pod okiem prof. Zbigniewa Bojarskiego. On miał niesamowity dar, potrafił sprowadzić do Polski zachodnią myśl.

W trakcie pracy na uczelni brałem udział w licznych sympozjach i konferencjach naukowych dotyczących krystalografii, na których poznałem wielu ludzi z zagranicy. Napisałem doktorat (wyróżniony przez Ministra Nauk i Szkolnictwa Wyższego – przy. red.), po którym otrzymałem kilka propozycji pracy na zachodzie. Niestety ówczesna polityka uniemożliwiała mi wyjazd, a przede wszystkim otrzymanie paszportu. Dopiero za kolejnym razem ubiegania się o dokument, dzięki wykupionej prywatnej wycieczce do Sztokholmu, udało się otrzymać paszport. No i wyjechałem.

W drodze do Sztokholmu zaliczyłeś przystanek w Hamburgu.

Tak, razem z żoną już wcześniej planowaliśmy wyjazd do Niemiec, jednak z politycznych względów nie było takiej możliwości. Podjąłem decyzję o tym, że w drodze na prywatną wycieczkę do Sztokholmu wysiądę w Hamburgu i zostanę w Niemczech. Przyjaciel przyjechał po mnie i żonę i zawiózł nas do Aachen.

Po okresie aklimatyzacji poszedłem na kurs języka niemieckiego, a w międzyczasie jeździłem na różne konferencje naukowe i przedstawiałem swoje najnowsze badania, które prowadziłem jeszcze w Katowicach. Wtedy też opublikowałem swoją pierwszą pracę po niemiecku, o kryształach amorficznych i dostałem za nią.

Pamiętam też konferencję w Duisburgu,  na której spotkałem profesora Delay z Uniwersytetu Leuven - Belgia.  Znał mnie wcześniej z moich publikacji. Podszedł do mnie i powiedział „Ja Pana znam, co Pan tu robi?”, ja mu odpowiedziałem, że wyjechałem z Polski i szukam pracy w Niemczech, a on do mnie „Jest Pan wolny?”, odpowiedziałem, że tak. „Jak chce Pan u nas pracować, to proszę do nas przyjść w przyszłym tygodniu”. I tak u boku profesora Delaya i prof. Van der Bista w Instytucie Materiałoznawstwa Uniwersytetu Leuven ponad trzy lata pracowałem ze studentami. To był dla mnie bardzo dobry czas. Praca z młodzieżą, wykłady, wyjazdy, konferencje itd.

Po tym czasie zacząłem zbierać materiał na drugi doktorat, planowałem swoje dalsze życie w Belgii i na Uniwersytecie Leuven. Wtedy też padła propozycja pracy w prywatnym przedsiębiorstwie.

Co to była za firma?

Zacząłem pracę w firmie Singer GmbH, jako dyrektor  produkcji odpowiedzialny za segment igieł medycznych. To było pozytywne doświadczenie. Poznałem wspaniałych ludzi. Z niektórymi mam kontakt do dzisiaj.

Zostałem także członkiem klubu piłkarskiego firmy Singer. Jednak zawodowo nie sprawiała mi ta praca zadowolenia. Stare akademickie nawyki powodowały niezadowolenie i poczucie “straty” czasu.

Dlaczego?

Trudno mi było się przyzwyczaić do nowej pracy. Praca naukowa na Uniwersytecie jest specyficzna, ale i bardzo przyjemna. Praca na uczelni sprawia, że cały czas się uczysz, odkrywasz nowe rzeczy, piszesz, wydajesz prace itd. Teraz miałem pracować w zupełnie innym sektorze,  w przemyśle. Przemysł wymaga rutyny, jest to praca żmudna i nie ukrywajmy – nudna. Łatwo popaść w rutynę, a dodatkowo masz mniejsze możliwości rozwoju osobowego. Stajesz się robotem.

Przyjechałeś do Hamburga w latach 80-tych. Jak wtedy społeczność niemiecka postrzegała Polaków? Kim był dla nich Polak?

Niemcy postrzegali Polaków pozytywnie, przynajmniej takie jest moje odczucie. Niemcy nazywali nas „późnymi przesiedleńcami”. Osobiście nigdy nie spotkałem się z wrogością w knajpie, na ulicy, czy w pracy. Kiedy im mówiłem, że jestem Polakiem, a moja żona Ślązaczką niemieckiego pochodzenia, odbierali to jeszcze lepiej. Dla nich to znaczyło, że mam i znam własną tożsamość, a na dodatek ją podkreślam.

Pamiętam jak przed rozmową kwalifikacyjną do niemieckiej firmy, przyjaciele ostrzegali mnie, żebym pod żadnym pozorem nie przyznawał się, że nie jestem Niemcem. Nie posłuchałem ich. Zawsze mówię, kim jestem i to zrobiło dobre wrażenie na moich przyszłych pracodawcach.

Czy to oznacza, że nie próbowałeś poznać niemieckiej kultury, tradycji itd.?

Nie. Właśnie było zupełnie odwrotnie. Zaznaczałem swoje pochodzenie, ale z drugiej strony chciałem się zasymilować, dlatego nauczyłem się języka, oglądałem niemiecką telewizję itd.

Uważam, że Polacy wyjeżdżający do Niemiec również powinni podejmować próby asymilacji. Nie mogą zamykać się w polonijnych miasteczkach i narzekać, że państwo niemieckie jest złe, że nic im nie daje. Trzeba poznać niemiecką kulturę, obyczaje, ale również trzeba się dać poznać! Wtedy znalezienie pracy i przyjaciół okaże się łatwiejsze. Niemcy uwielbiają, kiedy ludzie z zagranicy znają ich kulturę, historię, literaturę. Ta wiedza nie musi być bogata, ale warto ją posiadać.

Kiedy opowiadasz o Niemczech, w Twoim głosie można wyczuć ogromną sympatię.

Racja. Bardzo lubię Niemcy. Uważam, że język niemiecki jest piękny, tylko trzeba go poznać. Bardzo interesuje mnie również historia tego państwa. Warto ją znać, chociażby dla siebie.

Z Niemiec trafiłeś do Malezji. To zupełnie dwa inne światy.

Zgadza się. W niemieckiej fabryce nawet jako dyrektor do spraw produkcji,  pracujesz w  wąskim zakresie obowiązków służbowych, którego nie powinno się przekraczać. Komfortowe jest, że  niezależnie od wyników firmy i tak otrzymujesz stałą pensję. W Malezji było zupełnie inaczej.

Pełniłem tam funkcję dyrektora - General Managera do spraw produkcji. Byłem odpowiedzialny za wszystko: produkcję, kontrolę jakości, towar, 3000 pracowników, za zyski i straty. Dlatego, jeśli zyski byłyby słabe, natychmiast pozbyłbym się pracy, ale jak dochody były duże to i moja wypłata była pokaźna.

Ten system mi odpowiadał. Praca była czasochłonna, ale przez cały czas uczyłem się zupełnie nowych rzeczy: logistyki, sprzedaży, poznawałem świat, zawierałem liczne znajomości z ludźmi z całego świata. Pracowałem w Malezji, ale znaczną część czasu spędzałem w samolocie, udając się na kolejne kontrakty  firmowe do Japonii, USA, Australii, Szwajcarii, Hiszpanii etc. Azja pozwoliła mi odżyć. Zrozumiałem, że nie tracę swojego czasu,  że żyję pełnią życia, rodzina jest szczęśliwa, mam grono przyjaciół (także - sic! Niemców). Syn uczył się w dobrych szkołach.  Żona działa w m.in. towarzystwie malajsko-niemieckim. To były wspaniałe lata. Do dzisiaj syn mówi, że jest Malajczykiem, a nie Europejczykiem.

Kiedy byłeś w Niemczech ostatni raz?

W Niemczech nie byłem już od 6 lat. Natomiast w najbliższym czasie planuję wyjazd do Niemiec. W planach mam także odwiedziny mojego starego przyjaciela z Malezji.

Uważasz, że społeczeństwo niemieckie dalej jest pozytywnie nastawione do Polaków?

Nie sądzę, by mieszkańcy się zmienili. Myślę, że oni pozostali dalej sympatycznie nastawieni do Polaków. To przecież widać w gospodarce, przemyśle. Niemcy coraz częściej zatrudniają polskich pracowników, są zadowoleni z ich pracy. Tylko powtórzę jeszcze raz, dajmy się poznać. Polacy nie mogą się zamykać w polonijnych miasteczkach. Praca sama do nikogo nie przyjdzie.  

Udostępnij
Następny
Zostań autorem!Bielsko-Biała, ostatnio online: .

Komentarze Facebook

Komentarze MyPolacy
Polub to!

Opublikuj odpowiedź