Kradzież, włamanie… Nie daj się oskubać. Rozmowa z polskim detektywem w Niemczech

· 4098 odsłon · Skomentuj! · Autor:
Kradzież, włamanie… Nie daj się oskubać. Rozmowa z polskim detektywem w Niemczech1 zdjęcie

Od sprzątaczki do prominentów – klientela agencji detektywistycznej to szerokie spektrum. A praca detektywa to nie scenki z serialu kryminalnego. Przychodziło mu śledzić niewiernych małżonków, łapać sprawców kradzieży i włamań, odzyskiwać wartościowe przedmioty czy poszukiwać ofiar handlu żywym towarem. O swoich doświadczeniach opowiada detektyw Waldemar Domański.

- Bardzo duży nacisk kładę na sprawy związane z dziećmi. Nie wyobrażam sobie, żeby rodzice wypuszczali dziecko na zewnątrz, nie zwracając uwagi, co się z nim dzieje. 30 sekund potrzeba, by je porwać. Dziecko waży 12-15 kilogramów. Ile potrzeba, żeby zatkać mu buzię, włożyć do busa i odjechać? Rodzice nie zdają sobie z tego sprawy, bo myślą: „Mnie to nie dotyczy”. Do chwili, aż się przytrafi... Samochód w godzinę może przejechać od 100 do 120 km. W takim promieniu trzeba na początek przeszukiwać okolicę. To nie 3-4 kilometry. Gdy ktoś ma przy sobie telefon, jest szansa, by go namierzyć. Jak miał pecha i mu ten telefon wyrzucili, szukaj igły w stogu siana. Wtedy trzeba czekać na kontakt od porywaczy. Oni dyktują warunki. I nigdy nie ma gwarancji, że porwanego oddadzą w całości. Tak między nami mówiąc, jeśli porwany widzi sprawcę, to raczej do domu cały nie wróci.

- Straszy Pan!

- Wyobraźmy sobie, że ktoś dokonuje napadu rabunkowego. Wali w drzwi, krzyczy, żeby otwierać, terroryzuje nożem. Jeżeli wpuści się go do mieszkania, jest się na pozycji przegranej. W mieszkaniu sprawca może zrobić wszystko. Tam nie ma przypadkowego przechodzenia, nie ma przypadkowego świadka czy patrolu prewencyjnego, który właśnie przypadkiem tamtędy przejeżdżał. Zawsze trzeba prowadzić negocjacje i walkę na zewnątrz. Wtedy ma się większą szansę, niż gdy rabuś wejdzie do domu. Ludzie często poddają się. A ci, którzy się poddają, kończą marnie.

- Załóżmy mniej ekstremalną sytuację: kradzież, włamanie…

- Jeśli chodzi o przedmioty wartościowe, by zabezpieczyć się przed kradzieżą w domu, warto wykonywać dokumentację fotograficzną. Ukradli mi pierścionek? Proszę bardzo, tu jest zdjęcie. I co ważne, nie trzymamy karty pamięci ze zdjęciami w domu, bo sprawca też może ją ukraść i cała nasza praca nie będzie miała sensu. Dzisiaj można trzymać zdjęcia w chmurze. Moim zdaniem najlepiej trzymać u rodziców, u kogoś zaufanego. Co jeszcze? Warto znakować przedmioty. Można do tego używać znakopisów, które widać tylko w ultrafiolecie. Znakować tak, że tylko my rozpoznamy. Miałem przypadek, że ukradziony samochód miał plamę w konkretnym miejscu. Modeli tych samochodów były setki, ale właściciel wiedział, gdzie jest plama, bo tam mu się kiedyś rozlała farba olejna. Auto miało zatarte numery, więc trudno je było zidentyfikować. Otwieram, patrzymy, rzeczywiście jest plama.

- A w przypadku gotówki?

- Trzymać w dużych nominałach, bo są ciężkie do upłynnienia. I warto spisać ich numery.

- Gdzie na pewno nie trzymać pieniędzy?

- W skrytkach typu: pod łóżkiem, pod wanną, w lodówce, w bieliźniarce, pod pościelą, w lodówce… To są miejsca ewidentne, tam złodziej ich szuka. To złodzieje pierwsi kupują najnowsze zamki, uczą się je otwierać, zawsze idą z postępem. Doskonalą się, doszkalają, wymieniają między sobą informacjami. Często w zakładach karnych też mają czas, by coś wymyślić.

- Czy zawód detektywa jest w Niemczech zawodem niszowym?

- Trzeba mieć odpowiednie predyspozycje, by go wykonywać. Jest wielu chętnych z zapałem. Kierują się oglądanymi filmami, serialami. To spore przekłamanie. Nie jest tak, że siadam w aucie, włączam kamerę i za trzy minuty pojawia się delikwent. Nie! W rzeczywistości tych wyjazdów może być 5, 10, 15. Czasami wraca się z pustymi rękami i zaczyna wszystko od zera. Dlatego trzeba mieć ogromną cierpliwość i determinację. To jest trudny zawód, wymagający dużego wysiłku, doświadczenia. Nieprzespane noce, konflikty rodzinne, duży stres. Bo to nie jest tak, że człowiek wychodzi z biura i zapomina o pracy. O nie. Czasami spacerując z dzieckiem, przychodzą do głowy koncepcje, jak rozwiązać konkretną sprawę. 

- Pracuje Pan sam? 

- Nie byłbym w stanie tego fizycznie ogarnąć. Mam współpracowników. To ludzie najwyższego zaufania, łączą mnie z nimi powiązania rodzinne, przyjacielskie. Z szacunku dla klienta, który powierza mi swoją tajemnicę. Nie mógłbym sobie pozwolić, że ktoś z moich ludzi mógłby o problemach klienta opowiadać po dwóch, trzech głębszych w barze.

- Czy trafiają do Pana sprawy stricte kryminalne?

- Jest tego sporo, bo niemieccy funkcjonariusze nie wszystkie sprawy kryminalne traktują poważnie. W przypadku włamania czy kradzieży jeśli po 3 miesiącach nie ma świadków, podpowiedzi ze strony poszkodowanych, a w efekcie sprawców, sprawa jest umarzana. Nie można mieć im tego za złe, bo na komisariacie jest kilkudziesięciu funkcjonariuszy i 500-600 zgłoszeń dziennie. Różnica jest taka, że ja mam czas i klient mi za to płaci. Mogę się sprawą zajmować nawet rok, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nawet i dwa lata. Czasami jest tak, że przez pierwsze miesiące nie ma żadnego elementu. I nieoczekiwanie, przypadkiem ktoś coś komuś powie… Jest informacja! Potem zlepia się to w całość. I po 4 latach idę do klienta i mówię: „Sprawa zamknięta!”. Klienci często są zrezygnowani, czasami odpuszczają. Ale ja jestem zawzięty, nie pamiętam sprawy, żeby odłożyć ją i nie zamknąć.

- Ile trwała najdłuższa sprawa?

- Teraz właśnie nad nią pracuję, dostałem ją w 2012 roku. Dotyczyła włamania do mieszkania. Zwykli ludzie, ciężko pracujący w Niemczech, trzymali pieniądze w domu. I wszystko im ukradziono, oszczędności całego życia. 40 tysięcy euro. Sprawca popełnił jednak kilka błędów, których niemiecka policja nie zauważyła. Ja te dowody znalazłem i zabezpieczyłem. Czekam i wiem, że przyjdzie dzień, w którym sprawca nie będzie spał spokojnie. Już nie śpi. Sprawcami włamania są osoby blisko związane z poszkodowanymi. Ja o tym wiem, moi klienci o tym wiedzą. Na pewno się od tego nie wykręcą. 

- Czy w takich przypadkach współpracuje Pan z niemiecką policją?

- Tak. Lubię współpracować z niemiecką policją. Wymieniamy się informacjami, oczywiście tymi, którymi możemy się wymieniać.

- Najtrudniejsza sprawa?

- Sprawy osób zaginionych. Bardzo emocjonalnie do nich podchodzę. Na przykład gdy przychodzi do mnie matka, płacze i opowiada o tym, że wyszła córka albo wyszedł syn, nie ma ich już parę dni. Idzie na policję, a tam odbija się od drzwi. Bo policjanci pytają: „Zdrowy? No zdrowy… Bierze jakieś leki… Nie bierze… A ile ma lat? Dwadzieścia? To poszaleje i wróci”. No ale nie wraca już tyle dni, nie ma kontaktu telefonicznego… Ja natychmiast biorę się do roboty. Nie mówię, by przyjść za dwa tygodnie. Niedawno realizowaliśmy sprawę, kiedy to zaginęła młoda osoba. 15 dni ciężkiej pracy i na szczęście wróciła cała i zdrowa do domu. Ale mogło się skończyć źle. Nie mogę zdradzać szczegółów, ale trafiła w bardzo złe ręce. Na szczęście zanim zniknęła, zrobiła wiele błędów, zostawiając ścieżki, które pomogły mi ją błyskawicznie znaleźć.

- Czy możemy mówić o handlu żywym towarem?

- Na pewno. W Europie Zachodniej kobieta warta jest 30-40 tysięcy euro. Jak się ją sprzedaje na Wschód, można dostać dużo więcej. I nigdy stamtąd nie wracają. Możliwości odnalezienia są zerowe.

- Co Pan uważa za błąd do naprawienia?

- Rzeczy, której ludzie w Polsce jeszcze się nie nauczyli, to brak weryfikacji kontrahentów z Zachodu. Firmy w Polsce wytwarzają wspaniałe rzeczy, sprzedają superprodukty. Ale nie sprawdzają, kto zamawia ten towar. Częsta sytuacja: mamy superzlecenie, bo zadzwonił niemiecki klient i łamaną polszczyzną mówił o niesamowitych pieniądzach, o kontrakcie. Towar czy partia materiału idzie do Niemiec. I okazuje się, że zamawiający to spółka z wkładem kapitałowym tysiąc euro, często w upadłości gospodarczej. I producent/sprzedawca swojego materiału czy towaru już nie zobaczy. Ani pieniędzy. Wtedy przychodzą do mnie, zamiast przed kontraktem. Jadę na realizację, a tam zamiast pięknego dużego biurowca, jak pokazuje superstrona internetowa, mieszkanie w blokach. Pukam do drzwi, otwiera rozmemłana pani, z oburzeniem krzycząc: „Tutaj żadnej firmy nie ma, nigdy nie było”. Weryfikacja kontrahenta jest zdecydowanie tańsza niż porażka finansowa związana z utratą towaru i zarobku. Podobnie bywa z samochodami…

- Ja myślałam, że to Polacy sprowadzają auta z Niemiec.

- Teraz sytuacja trochę się odwróciła. Polacy kupują auta, na przykład we Francji, picują je w Polsce, robią zabieg, eufemistycznie nazywany korektą licznika plus szpachla. Te samochody przechodzą w Niemczech tzw. zerowe przeglądy, więc spełniają jakieś tam normy. Auto jest rejestrowane na jeden, dwa dni, dostaje niemieckie papiery i samochód jest legalizowany. Przychodzi niemiecka rodzina, ogląda auto. No śliczne. Płaci. Samochód kupiony, Niemiec się cieszy do czasu pierwszej kontroli na autoryzowanej stacji obsługi. Tam od fachowca dowiaduje się, co w tym aucie było już zrobione. Wtedy zaczyna się przepychanka. Samo życie. Zresztą ofiarą oszustwa może paść każdy. Pseudohandlarze z Niemiec potrafią wziąć kilkanaście samochodów od Polaków, te samochody sprzedać i nie oddać pieniędzy. No bo nie ma na to kwitów. Co im zrobisz? Jak udowodnisz? Była taka sprawa, która skończyła się tragicznie. Faceta tak właśnie okradziono. Kilkadziesiąt samochodów zostało sprzedanych z placu i nie dostał ani złotówki. Wrócił do Polski, ale nie mógł znieść tej sytuacji. Wiedział, że nigdy nie odrobi długu. Bo to nie on w te kilkadziesiąt aut zainwestował. Wziął od Janka, od Zdziśka, od Heńka, od znajomych. Ci ludzie później do niego przychodzili i pytali: „Gdzie moje pieniądze? Gdzie moje auta?”. Nie wytrzymał presji i popełnił samobójstwo.

- Rada, tak jeszcze na sam koniec.

- Jak w lekarskim przysłowiu: lepiej zapobiegać, niż leczyć. Lepiej, żeby ludzie przychodzili do mnie przed faktem, w celach prewencyjnych, niż po stracie. Na tym polega mądrość.

 

Zdjęcie: Archiwum prywatne, W. Domański.

Polub to!
Dziennikarka od zawsze, dobrze czyta się to co piszę... zapraszam! I czekam na Wasze sugestie, tylko konstruktywneKerpen, ostatnio online:
Wybrane specjalnie dla Ciebie