Najczęściej zdradzają Katarzyny…

· 5.8k odsłon · Skomentuj! · Autor:
Najczęściej zdradzają Katarzyny…

Małżeńskich spraw rozwodowych jest najwięcej… Gdy myślimy „detektyw”, często przed oczami pojawia się obraz: facet z aparatem śledzi niewierną połówkę, pstryka z ukrycia zdjęcia albo wpada z impetem do hotelowego pokoju, gdzie in flagranti przyłapuje niewiernych. – Jednak detektywi wcale nie przepadają za sprawami rozwodowymi – ujawnia działający w Niemczech detektyw Waldemar Domański.

On, ona i ta trzecia/ ten trzeci… Czy rzeczywiście najczęściej do detektywa ludzie przychodzą właśnie z takimi kłopotami?

Owszem, najwięcej jest spraw małżeńskich. I z moich obserwacji wynika, że najczęściej zdradzają dziewczyny/kobiety o imieniu Katarzyna. Ale tu ciekawostka. Niemiecki system wymiaru sprawiedliwości działa inaczej niż polski. W Niemczech nie ma orzekania o winie. Dlatego zawsze mówię klientce czy klientowi, że zdobycie materiału dowodowego na niewierność współmałżonka niczego nie wniesie przy rozwodzie w Niemczech. Sąd wie, że często powodem zakończenia małżeństwa jest zdradza. A czy pani będzie szczęśliwsza, mając zdjęcia męża, który się prowadza za rękę z młodszą czy zgrabniejszą… 

Zatem lepiej rozwodzić się w Polsce?

Czasami podpowiadam to klientom. Może jest to rozwiązanie bardziej czasochłonne, trzeba kilka razy pojechać do Polski, znaleźć adwokata. Ale mimo wszystko orzeczenie o winie dla poszkodowanego, który tę winę udowodnił, jest dużo wygodniejsze. Zamyka definitywnie kilka problemów takich, jak alimenty czy podział majątku. Wtedy to karta przetargowa, taki as w rękawie. W innym przypadku nie warto zbierać materiałów obciążających.

Nie zawsze jest potrzebny detektyw, by stwierdzić rozpad emigracyjnego małżeństwa… 

Często powiela się scenariusz: on wyjechał do Niemiec do pracy, poczuł inny system, inne możliwości finansowe, a w Polsce została żona z trójką dzieci. Ale jemu już się nie chce wracać do tego, co zostawił. Żonie wysyła jakieś marne grosze… Zdarza się, że w Niemczech pobiera Kindergeld i nie przekazuje ich swojej partnerce, ciesząc się, że ma dodatkowe pieniądze.

Sprawy rozwodowe to zazdrośni mężowie. Natknął się Pan kiedyś na takiego osobiście? 

Owszem, chociaż do klientki pojechałem w innej, wcale nie rozwodowej, sprawie. Spotkaliśmy się w jej mieszkaniu, czego z reguły staram się nie robić. Pani podejrzewała, że ktoś niepożądany „zagląda” do jej telefonu i komputera. Rzeczywiście było kilka przesłanek, które mogły na to wskazywać. W pewnym momencie ktoś zaczyna się dobijać do drzwi. Jej partner. Powiedziała mu, że nie może wejść do mieszkania, bo prowadzi ważną rozmowę. U faceta włączył się tzw. agresor, bo dodatkowo był mocno pijany. Złapał za klamkę, ale okazało się, że nie może jej otworzyć. Długo się nie namyślał, pociągnął z kopa i wybił szybę. Wpadł do środka i już chciał się na mnie zamachnąć… Ja z reguły jeżdżę uzbrojony. I on tę broń zobaczył. Wtedy jakby sklęsł w sobie. Sytuacja się wyjaśniła, ale przez moment była nieciekawa.

Czy dokumenty, które Pan dostarcza zdradzanym małżonkom, zawsze trafiają do sądu?

Nie zawsze. Zdarza się, że klienci korzystają z innej ścieżki. Opowiem o jednym takim przypadku. Moją klientką była kobieta z Polski. Mąż na wysokim stanowisku, miał spore możliwości, dlatego żona zdecydowała się na detektywa z Niemiec. Jej zdaniem mąż zdradzał. W trakcie rozmowy okazało się, że byli właścicielami mieszkania w bloku, które wynajmowano. Ponoć mieszkała w nim starsza pani. Zainteresowałem się tym faktem. Pilnowaliśmy tego mieszkania przez 3 dni i okazało się, że regularnie przez 3 dni małżonek naszej klientki przyjeżdżał do tego mieszkania nawet kilka razy dziennie. A lokatorka okazała się młodą, dość atrakcyjną kobietą. Zdobyliśmy materiały i przekazaliśmy go klientce. Z czystej ciekawości zapytałem, jakie będą dalsze kroki? Czy sprawa trafi do sądu, czy będę świadkiem? Pani poprosiła o dwa tygodnie do namysłu. Po tym czasie zatelefonowała. I co się okazało? Wcześniej ta pani zajmowała się domem i dziećmi. I chyba miała tego dość. Powiedziała mi, że dogadała się z mężem, który przyparty do muru dowodami o zdradzie nie zaprzeczył… Ona powiedziała mu, że nie chce rozwodu, tylko chce być wspólnikiem w firmie. Gdy rozmawialiśmy, była już wiceprezesem. Ona ugrała swoje, a facet dostał nauczkę.

Czy to ekscytujące ścigać niewiernych małżonków?

Nie lubię „rozwodówek”. Żeby dobrze zrealizować sprawę rozwodową, potrzebne są co najmniej dwa samochody. Do tego musi być dwóch ludzi i dwa razy sprzętu. Jeśli ktoś opowiada, że jest w stanie taką sprawę zrealizować jednym samochodem i jednym człowiekiem, to życzę mu powodzenia. Jeśli uda mu się przez 2-3 dni jeździć za obserwowanym i nie przypali tematu, to jest mistrzem. Albo trafił na gapę. Ja jestem zwolennikiem spraw skutkowych: było przestępstwo, szukam dowodów, szukam sposobu rozwiązania zagadki. Ktoś popełnił błąd, zostawił odcisk palca, zgubił guzik od marynarki, ktoś tego nie zauważył, ja to znalazłem… Sprawy skutkowe są do myślenia, a ja lubię myśleć. Dlatego nie lubię spraw rozwodowych.

Ma Pan jednak pewnie w zanadrzu całkiem sporo takich rozwodowych historii…

Noszę się nawet z zamiarem napisania książki. Materiał mam, ale brakuje czasu. Tytuł „Małżeństwo oczami detektywa”. Patrząc na zdrady i problemy, które z nich wynikają, opracowałem chyba recepturę, co zrobić, żeby tych rozwodów było mniej. Dzieje się tak, gdy do małżeństwa wkrada się monotonia, zaniedbanie… Rozmemłana żona, zaniedbany mąż z brzuchem piwnym, który nagle przytył 30-40 kilo, to pierwsze syndromy, że ludzie zaczynają się od siebie oddalać. A potem trafia się ktoś, kto się zainteresuje, szepnie dwa-trzy ciepłe słówka i przygoda gwarantowana. Pół biedy, gdy skończy się na przygodzie. Kłopot zaczyna się, gdy dzieje się coś więcej. Wtedy nawet detektyw nie pomoże.

Rozmawiała Jolanta Reisch-Klose

Zdjęcie: Archiwum prywatne W. Domański

Informacje o publikacji
Dziennikarka od zawsze, dobrze czyta się to co piszę... zapraszam! I czekam na Wasze sugestie, tylko konstruktywneKerpen, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie