Nowoczesne niewolnictwo w pogoni za lepszej jakości życiem

467 odsłonSkomentuj!
Nowoczesne niewolnictwo w pogoni za lepszej jakości życiem

Nie znają języka, nie mają podpisanej formalnej umowy, zapłatę dostają tuż przed wyjazdem do domu. Są ofiarami mobbingu polskich pośredników lub wpadli w szpony „mafii mięsnej”. Nie są jednak zostawieni na pastwę losu. Pomocy mogą szukać w Poradni dla mobilnych pracowników. Projektem kieruje dr Katarzyna Zentner.

Mobilny pracownik to wyraz nowy i nienowy w naszym słowniku?

Mówi się o mobilności mieszkańców Unii Europejskiej. Używa się nazwy „pracownik mobilny” zamiast emigrant zarobkowy. Czyli i pracownik, który na jakiś czas (kilka miesięcy do paru lat) przyjeżdża do Niemiec z myślą o pracy, bez zamiaru zamieszkania na stałe.

Przyjeżdża do pracy i …

Okazuje się, że potrzebuje wsparcia, na wielu płaszczyznach. Ludzie są niedoinformowani, jadą w ciemno, bez języka czy chociażby elementarnego pojęcia o prawie pracy. I wpadają w ręce rodaków, którzy to wykorzystują. Nagminne. Takim osobom pomagamy. Zapotrzebowanie jest ogromne. Myślimy o projektach prewencyjnych w porozumieniu z instytucjami w Polsce. Uważamy, że lepiej ludzi uświadamiać, zanim wyjadą a nie wtedy, gdy już popadną w tarapaty.

Wasza Poradnia działa bezpłatnie.

Tak! A punktem wyjścia jest informacja. Oraz wsparcie w takim momentach, jak brak wypłaty, brak umowy o pracę, niezrozumienie. Najczęściej pracownicy nie mają umowy o pracę, a jak już mają, to jej nie rozumieją, i nie dostają wypłaty, w takiej wysokości, w jakiej się umówili. Albo w ogóle nie dostają pieniędzy. Boją się cokolwiek powiedzieć lub nie znają języka. Boją się, że stracą pracę. To najczęściej dotyczy pracowników sezonowych, dlatego od maja do października mamy pełne ręce roboty. Wspieramy pracowników wszystkich branż w całej Dolnej Saksonii. Ten projekt jest projektem 3-letnim, potrwa do końca 2016 r. Zainicjowało go Generalne Zrzeszenie Związków Zawodowych (DGB) przy współpracy ze stowarzyszeniem Praca i Życie (Arbeint und Lebend). Jest finansowany przez Ministerstwo Gospodarki Dolnej Saksonii. Mamy placówki w Hanowerze, Brunszwiku i Oldenburgu. Szukając pomocy można się porozumieć w kilku językach - po polsku, rumuńsku, bułgarsku, po rosyjsku, po hiszpańsku i oczywiście po angielsku.

Jak to wygląda w praktyce?

Najczęściej pierwszy kontakt jest telefoniczny. Na początek dajemy ludziom informacje i wskazówki do kogo mają się zwrócić (mamy sieć prawników, specjalistów od prawa pracy.). Czasami to wystarcza. Czasami sprawa jest na tyle pilna, że muszę niemal natychmiast rozmawiać z pracodawcą. Na przykład, po zbiorach truskawek ludzie już mają jechać do domu, a pracodawca nie wypłaca im całej kwoty. Pracownik może też liczyć na osobistą pomoc. Z tym że jestem tu, w poradni w Hanowerze, jedyną osobą mówiącą po polsku, i nie dam rady być wszędzie.

Jaki odsetek ludzi spotykają kłopoty z pracodawcami?

Nasza poradnia powstała w połowie listopada 2013. Od tej pory tylko ja udzieliłam porad ponad 600 osobom. W różny sposób, mailowo, telefonicznie, osobiście bo dysponujemy busami. Jeździmy pod zakłady pracy, rozmawiamy z ludźmi, rozdajemy ulotki, by wiedzieli do kogo w razie konieczności mogą się zwrócić. 600 osób w niecałe 2 lata! Czasami mam wrażenie, że pracuję na taśmie. Tych przypadków jest tyle, że aż mnie to przeraża. Ale przeraża mnie również niewiedza ludzi, którzy przyjeżdżają. Jak również to, że dzieje się to w obrębie własnej nacji. Polak, który pracuje dłużej próbuje wykorzystać Polaka. Ale nie tylko. Bułgar Bułgara, Rumun Rumuna. Gdy tymczasem często włącza nam się myślenie „rodak mnie nie oszuka, mogę mu zaufać, pomoże”, a potem wielkie rozczarowanie.

Częściej zgłaszają się kobiety czy mężczyźni?

2/3 panów i 1/3 pań..

Jaka jest skuteczność Waszych interwencji?

To jest zawsze indywidualne. W zależności od branży. W przypadku pracowników sezonowych wystarczy często jeden telefon. Mówimy, że jesteśmy oficjalną placówką, z ramienia ministerstwa, i jeżeli nie uregulują zapłaty to będziemy interweniować. Mogę śmiało powiedzieć, że wielu przypadkach jest to nowoczesne niewolnictwo. Pracownicy sezonowi przyjeżdżają zorganizowanymi grupami z Polski na plantację. Tam zawsze jest jakiś Polak, robiący za pośrednika w kontaktach z szefem. Pracownicy często nie widzą szefa, nie dostają żadnych umów. Praktykuje się płacenie dopiero po 2 miesiącach. Jeżeli ktoś chce dostać miesięczną wypłatę, odmawia się. Niemiecki pracodawca mówi: nie będziemy wypłacać po miesiącu, bo wyjadą a my potrzebujemy ludzi do pracy. Jak już wspominałam, pośrednikiem jest często rodak, który traktuje pracowników okropnie. Próbuje pokazać jaką ma władzę, bo potrafi jako tako dogadać się po niemiecku. Wyzywa, starszy, poniża. Trafia na podatny grunt, bo ludzie przyjeżdżają z Polski z terenów dotkniętych dużym bezrobociem i chcą zarobić. Boją się postawić. Tym bardziej, że wypłata następuje często w dniu wyjazdu. Busik już na nich czeka i jest jedyną szansą powrotu do Polski. Atmosfera robi się nerwowa. Rozliczenia nie zawsze są uczciwe i udokumentowane. Czas nagli i nie ma możliwości zgłoszenia jakichkolwiek roszczeń. Jest to nagminne. Oczywiście nie na każdej plantacji, bo są plantacje wzorcowe. Zdarzało się jednak, że nawet nas, gdy przyjeżdżaliśmy z interwencją, właściciel próbował zakrzyczeć, zastraszyć. Boją się na przykład, że przyjedziemy z telewizją. Wtedy załatwiają sprawy od ręki.

Czy to tylko kwestie wypłat?

Drugim, newralgicznym aspektem dotyczącym robotników sezonowych jest miejsce zamieszkania. Często jest tak, że są kwaterowani w kontenerach, na polu. Dotyczy to nie tylko Polaków. Mieliśmy zgłoszenie, że na polu w kontenerach mieszkało 40 osób. Mieli do dyspozycji tylko 2 toalety i jeden prysznic, wspólny dla kobiet i mężczyzn. W Dolnej Saksonii są przepisy, regulujące w jakich warunkach powinni mieszkać pracownicy sezonowi. Na przykład, że ma być 8 metrów kwadratowych całkowitej powierzchni zamieszkiwania na osobę, dostęp do kuchni i łazienki (dyrektywy ogólnoniemieckie). Gdy mamy sygnał, powiadamiamy stosowny urząd.

Czasami może to być potraktowane jak podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Niektórzy wolą zacisnąć zęby, byleby zarobić.

Rzeczywiście, dlatego tu trzeba działać ostrożnie. Gdy jest zgoda całej grupy, działamy od razu. Jeżeli są to pojedyncze osoby, to ustalamy indywidualnie, co dla każdego z osobna jest najważniejsze. Wiadomo, punktem wyjściowym jest, żeby pracownik dostał zarobione pieniądze. Potem ewentualnie możemy sprawę upublicznić, zawiadomić konkretny urząd. Gdy jest szansa, chcemy sprawę załatwiać polubownie. Jeżeli się nie da, w ekstremalnych sytuacjach, jedziemy z policją, z telewizją. Mamy sieć dziennikarzy, którzy mogą z nami pojechać z godziny na godzinę. Wszystko zależy od sytuacji, od człowieka, i od branży... Koleżanki z północnej części Dolnej Saksonii mają do czynienia z tzw. mafią mięsną. Tam Polaków jest mniej, najbardziej poszkodowani bywają Rumuni i Bułgarzy.

Mafia mięsna?

W Dolnej Saksonii jest sporo zakładów mięsnych i problem urósł do rangi ministerialnej. Są nawet na ten temat książki napisane przez niemieckich dziennikarzy. Duże zakłady mięsne chcą mieć jak największy dochód, dlatego zatrudniają pracowników za pośrednictwem zagranicznych „podfirm”. Tych „podfirm” jest czasami tak dużo, że zgłaszający się do nas pracuje w dziesiątej kolejnej. Rozplątać węzeł, kto jest głównym pracodawcą, to trudne zadanie. Przypuśćmy: jest umowa z „podfirmą”, i to ona powinna płacić. A firma znika. Trudno dotrzeć do tego, kto ponosi odpowiedzialność za ten stan rzeczy i powinien zapłacić. Kolejna sprawa to warunki mieszkaniowe i socjalne. Również w tej branży pracownicy mieszkają gdzieś na uboczu, w opuszczonych domach. Do pracy są dowożeni busikami, nie mogą się swobodnie przemieszczać. Nie mają płaconych nadgodzin. Gdy zachorują, są od razu zwalniani. Jest też dużo wypadków przy pracy, bo nie zawsze przestrzega się warunków BHP. Teraz właśnie mamy do czynienia z właścicielem zakładu mięsnego, gdzie 50 Polaków mieszka na wsi, wypłaty dostają nieregularnie, są zatrudnieni w jakiejś dziwnej podfirmie. Są zastraszani. Zakazuje im się jakichkolwiek kontaktów z naszą poradnią. Nawet do lekarza nie mogą sami chodzić, są tam wożeni, z mówiącą po polsku panią z biura. My też uświadamiamy ludziom, że jeżeli często przyjeżdżają do Niemiec i pracują w jednej branży to powinni wstąpić do związków zawodowych. Akurat w branży mięsnej dużo Polaków to robi. Związki zawodowe mają do dyspozycji prawnika, i nie trzeba wtedy ponosić kosztów ewentualnych spraw sądowych.

Czy do związków zawodowych można wstąpić bez względu na obywatelstwo?

Tak. Można też wstąpić do Europejskich Związków Zawodowych. Pracownicy mobilni często pracowali w innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii. Tam należeli do związków i mogli liczyć na wsparcie. Pierwsze pytanie, jakie pada z ust Polaków; czy pracodawca dowie się, że należę do związku zawodowego? Tak długo, jak nie będzie problemów, żaden pracodawca nie jest informowany, kto jest członkiem związku. Nasza Poradnia współpracuje ze związkami, bo oni prędzej wiedzą, w których zakładach pracy znajdują się mobilni pracownicy. Wtedy razem tam jeździmy, rozdajemy ulotki, prowadzimy rozmowy. Gdy pracownicy usłyszą, że przyjechał ktoś mówiący po polsku, cieszą się, że mogą porozmawiać. Nawet ci nieufni, gdy dostaną do ręki naszą informację z numerem telefonu - zdarza im się telefonować z pytaniami.

Informacja jest w tym przypadku potężną bronią. Wy im ją dajecie.

Tak, na przykład o prawach pracowników w Niemczech, że gdy dostaną wypowiedzenie, to mają tylko 3 tygodnie żeby odwołać się do sądu pracy. Rozdajemy broszurki po polsku, o płacy minimalnej, która obowiązuje od stycznia 2015 r w Niemczech. Ludzie muszą wiedzieć, że jest 8,50 brutto za godzinę. Gdy jest inaczej, możemy to od razu zgłosić do urzędu celnego, by sprawdził dany zakład czy miejsce pracy.

A inne branże?

Na przykład w branży budowalnej pomagamy pisać po niemiecku zestawienie przepracowanych godzin. Tu pojawia się też inny problem, tzw. pozorowana samodzielność. Pracodawca dostaje zlecenie a nie chce płacić świadczeń socjalnych i ubezpieczać. Dlatego zachęca do założenia swojej firmy. Ale nie mówi, jakie konsekwencje z tym się wiążą. I ludzie często popadają w długi, ponieważ nie wiedzą, że jak prowadzą własną działalność, muszą od razu, od chwili zarejestrowania tzw. Gewerbe, prywatnie się ubezpieczyć zdrowotnie. A jak nie, to będą musieli zapłacić wstecz. Budowlaniec często nie zna języka i nie wie, jakich formalności musi dopełnić, prowadząc własną działalność. A jest to naprawdę cała gama formalności. Nawet jak wyjadą do Polski, muszą się rozliczyć, bo urząd skarbowy nie popuści. Ten rodzaj postępowania jest typowy dla branży budowlanej.

To panowie. A panie?

To zwykle opiekunki osób starszych. Miałam parę zgłoszeń. Te panie są czasami odcięte od kontaktu ze światem. Ja w Hanowerze rozpropagowałam naszą poradnię dzięki rozprawie sądowej. Pewna Polka, długo już mieszkająca w Niemczech, ściągała z Polski opiekunki, zawierała umowy i nie płaciła świadczeń socjalnych. Sprawa trafiła do sądu. Poszłam na rozprawę, bo wiedziałam, że będą tam opiekunki zeznające w charakterze świadków. Dowiedziałam się, że wiele z nich już długo tu pracuje, przyjaźnią się i wymieniają informacjami na portalach internetowych. Poprosiłam o przekazanie informacji, że w Dolnej Saksonii jest taka poradnia jak nasza i jak ktoś ma problem z pracodawcą, to może się zgłosić. To zadziałało. Któraś z pań na portalu przekazała namiary do nas i tak poszło. Powoli informacja rozprzestrzenia się.

Rozmawiała Jolanta Reisch-Klose – redaktorka portalu MyPolacy.de

Dr Katarzyna Zentner prosi, by za pośrednictwem portalu MyPolacy.de kierować pytania/zagadnienia, o których warto napisać w kolejnych artykułach, dotyczące praw pracowników mobilnych.

Zdjęcie: www.flickr.com/photos/fvfavo/16065991350

Komentarze MyPolacy
Polub to!
skomentuj
Cześć. Jestem słynną Majką z portalu MyPolacy.de i jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o portalu lub masz ciekawą informację do przekazania, zapraszam :) München, ostatnio online:

Najnowsze artykuły

Zobacz nowe oferty pracy