Porażka jest sierotą!

· 1.2k odsłon · Skomentuj! · Autor:
Porażka jest sierotą!

Sukces jest tylko punktem na linii większych lub mniejszych porażek. Jednakże ludzkie ego nie lubi niepowodzeń, a jeszcze bardziej nie lubi się do nich przyznawać. Stąd prawdziwość powiedzenia - Sukces ma wiele matek...

Musi się udać – to dobra mantra na start. Czasami jednak się nie udaje, bo tak właśnie w życiu bywa. Bez porażek nie byłoby sukcesów. Pomimo iż jest to truizm, do porażek nie lubimy się przyznawać. Wręcz przeciwnie, „upychamy” je głęboko w zakamarkach niepamięci, umniejszamy, a po czasie zapominamy. Każdy ma własną definicję porażki. Dla jednych jest to utrata pracy dla innych, zwrot inwestycyjny poniżej 100 tyś zł.

Jarosław i Ewelina

W niewielkiej miejscowości pod Strzelcami Opolskimi, gdzie obydwoje się wychowali, wyjazdy do Niemiec za chlebem, były na porządku dziennym. Wcześniej mogli wyjeżdżać tylko szczęśliwi posiadacze niemieckich paszportów. Dla innych ta szansa otworzyła się po wstąpieniu Polski do UE i zniesieniu barier w zatrudnianiu.

Ewelina pracowała w sklepie za skromną pensję, Jarosław miał stabilną, dobrze płatną prace w firmie budowlanej. Na szefa spadły jednak kłopoty i praca skończyła się niemal z dnia na dzień. Nie byli na to przygotowani, Wraz z utratą zatrudnienia przez Jarosława pod znakiem zapytania stanęła wypłacalność kredytu, zaciągniętego na budowę własnego domu (grunt dostali od rodziców Eweliny).

Ewelina tymczasem zaszła w ciążę i na świat pchały się bliźniaki. Obydwoje przyglądali się sąsiadom, którzy żyli na dwa domy – matka z dziećmi w Polsce, ojciec w Niemczech zarabia na życie. Uradzili, że Jarek pojedzie na pół roku (znajomy załatwił mu dobrze płatną pracę w firmie budowlanej), dokończą dom i będą szukać pracy na miejscu.

Pół roku zamieniło się w 2 lata, Jarek ledwo widywał dzieci, z żoną popadał w konflikty. Ewelina robiła mu wyrzuty, że wchodzi z butami na świeżo wypolerowane podłogi, nie wkłada naczyń do zmywarki i za mało zajmuje się dziećmi. Chciała mieć wolne wieczory, by wyjść do koleżanki albo odwiedzić kosmetyczkę. Jarosław tymczasem chciał odpocząć po ciężkiej pracy, w spokoju pooglądać telewizję, wyjść kumplami na piwko, a nie całe wieczory zajmować się dziećmi.

Niemal każda rozmowa kończyła się kłótnią. Jarosław przyjeżdżał coraz rzadziej. Wreszcie życzliwi koledzy donieśli, że Ewelinę jakoś często odwiedza jej szkolny kolega z sąsiedniej wsi. Zakład kamieniarki, który prowadził z ojcem, prosperował świetnie, a Hubert nie szczędził pieniędzy, by przypodobać się dawnej szkolnej miłości.

Pozew o rozwód dotarł do Jarosława listem poleconym. Z niego dowiedział się, że znęcał się nad żoną psychicznie i fizycznie, i że wnioskuje ona o eksmisję go z domu, na który z takim poświęceniem pracował. Usiłował się bronić, bezskutecznie.

Pewnego razu zastał swoje rzeczy zapakowane w walizki i kartony przez domem. Na progu z groźną miną stał Hubert.

Jarosław wrócił do Niemiec. Zaczął opuszczać się w pracy. I pić. Z jego śląskiej solidności niewiele zostało, więc i pracodawcy nie obchodzili się z nim łagodnie. Do rodzinnej wsi nie miał po co wracać. Żyje z zasiłku, który w większości przepija, mieszkając kątem u znajomych. Ma ich jednak coraz mniej.

Na wzmiankę o powrocie w rodzinne strony reaguje nerwowo i przecząco kiwa głową.

Magdalena

Dla Magdaleny emigracja była ucieczką od Polski, świadomym wyborem, starannie zaplanowanym, jak całe jej życie. Może właśnie dlatego wybrała Niemcy.

W Polsce szefowała dużemu działowi w banku, jednakże jej perfekcyjność była solą w oku koleżanek i kolegów z pracy. Wskutek ich nieżyczliwości i donosów nie przedłużono z nią kontraktu.

Postanowiła wyjechać. Nie znała języka, więc założyła, że pierwsze pół roku będzie pracować fizycznie, pójdzie na kurs, a wieczorami będzie intensywnie wkuwać słówka. Po pół roku postara się o lepszą, już nie fizyczną pracę i da sobie na szlifowanie języka kolejne pół roku. Potem postara się o pracę na managerskim stanowisku w instytucji finansowej lub w korporacji. Plan musi się udać!

Nie wszystko jednak poszło po myśli Magdaleny. Praca na zapleczu dużego lokalu gastronomicznego tak ją męczyła, że nie zostawało wiele czasu na naukę języka, na zakładane wcześniej kursy i wkuwanie słówek. Po dwóch latach „awansowała” ledwie na stanowisko kelnerki, a jej niemiecki wciąż pozostawia wiele do życzenia.

W Polsce „ogarnięta” wręcz do bólu, na emigracji pogubiła się zupełnie. Czasami nie potrafi załatwić w urzędzie najprostszej sprawy. Mieszka w pokoju bardziej przypominającym klitkę niż apartament. Do Polski nie przyjeżdża, zerwała nawet kontakt telefoniczny i mailowy ze znajomymi, by nie odpowiadać bezustannie na ich pytania – jak ci się tam powodzi? Już nie układa planów, żyje z dnia na dzień. Nie wie, gdzie będzie za rok. Coraz rzadziej o tym myśli. A już na pewno nie chce o tym rozmawiać. Prawie z nikim.

Beata i Czesław

Beata w Polsce była nauczycielką języka angielskiego. Miała etat w szkole i kilka prywatnych lekcji tygodniowo. Nie były to kokosy, ale na życie na średnim poziomie wystarczało. Podczas wycieczki do Wiednia poznała Czesława. Dużo od niej starszy, szarmancki. Wiedział, jak wkraść się w łaski pełnej kompleksów trzydziestolatki. Potem prędki ślub (odradzany przez rodziców i przyjaciół) i jeszcze szybszy wyjazd do Niemiec, gdzie Czesław pracował jako kierowca.

Miodowy miesiąc trwał pół roku. Tak długo Czesław stronił od kieliszka. Jeden niefortunny festyn przewrócił do góry nogami cały świat Beaty. Okazało się, że jej mąż był alkoholikiem, do czego nie przyznał się przed ślubem. Nie pił ponad dwa lata i uznał, że jest zdrowy. Okazało się to nieprawdą.

Utrata pracy była konsekwencją jazdy po pijaku i utraty prawa jazdy. Beata zaszła w tym czasie w ciążę i znalazła się nagle niemal bez środków do życia w obcym kraju, z mężem alkoholikiem, który coraz głębiej pogrążał się w nałogu. Rodzice, w myśl zasady: trzeba było nas słuchać wcześniej - odmówili pomocy.

Beata jest rozdarta między miłością do nowo niedawno urodzonego synka, a męża, który wciąż chce być jednym mężczyzną w jej życiu. Z głodu nie umiera, niemieckie państwo jest opiekuńcze względem matek z dziećmi, poziom jej życia jednak znacząco się obniżył. Wie, że nie ma powrotu do Polski, nie ma też pomysłu, jak ułożyć sobie życie w Niemczech. Na dodatek Czesław, po latach picia, mocno zapadł na zdrowiu. Stefania, chodząc na długie spacery z synem, analizuje swoją sytuację. Opowiedziała o niej ledwie kilku przyjaciółkom (ze studiów), u których może liczyć na zrozumienie. Uważa, że gdyby jej historię poznali sąsiedzi z jej rodzinnego małego miasteczka, byłby to wstyd na całe życie.

Porażka to integralna część życia

Każdy zna takie historie. Smutne, bez happy endu. Zna te relacje z drugiej, trzeciej a nawet czwartej ręki, bo sami zainteresowani nie zwierzają się na prawo i lewo z niepowodzeń. Zdaniem psychologów, mimo iż porażka jest częścią życia (patrz: rozmowa z Ewą Grochulską)

Jolanta Reisch-Klose: Ludzie nie lubią przyznawać się porażki…

Ewa Grochulska:Rzeczywiście, nie lubią. Są też tacy którzy się boją się. Nie lubią ci, którzy uważają, że wszystko potrafią. I nagle coś poszło nie tak. Gdyby się przyznali do porażki, mógłby runąć ich obraz, jaki zbudowali sobie na zewnątrz, a przede wszystkim ich własny obraz, mniemanie o sobie. Będzie to rysa na ich doskonałości.

Ludzie boją się, bo od dziecka za zachowanie typu – nie udało się, bywają piętnowani w środowisku, w szkole, czasami w rodzinie. Więc, gdy się nie uda, lepiej się do tego nie przyznawać, bo porażka równa się dół, a obniżenie nastroju zależy od subiektywnego „stopnia” porażki.

Porażek nie boją się ludzie odważni. Ludzie, którzy potrafią postawić wiele na jedną kartę. Natomiast boją się jej osoby o niskim poczuciu wartości. Boją się przyznać do niepowodzenia, bo jeszcze bardziej się to poczucie obniży. To mogą być osoby, które na zewnątrz są tzw „kozakami” w środku tak naprawdę są przerażonymi dziećmi.

Czasami też nie mówimy o porażkach, bo się ich wstydzimy, a czasami obawiamy się po prostu, jaka będzie reakcja na naszą opowieść. Nawet jeżeli my czegoś nie traktujemy w kategorii porażki to ktoś inny to może tak postrzegać i jeszcze próbować nam wmówić swoje zdanie. Wtedy bronimy siebie.

JRK: Ale nie ma czegoś takiego jak życie bez porażki?

EG: Nie ma! Trzeba tylko zachować proporcje. Np. mówimy dziecku: nie dotykaj gorącej płyty kuchennej a ono jej dotknie. Czy poniosło porażkę? Nie! Po prostu nauczyło się czegoś. Jeśli mówimy komuś zrób inaczej a on decyduje po swojemu i zostaje zraniony czy popełnia błąd. Dlaczego wówczas nazywamy to porażką?

JRK: Zatem porażka uczy...

EG: To jest sformułowanie, którego używa się wszędzie z patosem porażka jest nauką. Tylko... ludziom jest to trudno przyjąć. Porażka boli, jest traumatyczna, trudna... Ktoś mi mówi, że mam się z tego uczyć, ale ja tego nie kupuję. Niby nauka, a mnie chce się płakać! Spotkało mnie coś złego. Przeżywam rozpacz, jak mam się uczyć? Jest bunt! Emocjonalny. Dlatego trzeba sobie dać prawo do smutku, by tę porażkę „przetrawić” I dopiero potem popatrzeć, jakie są pozytywy- czego się nauczę, czego więcej nie zrobię lub zrobię inaczej...

JRK: Nie ponosi porażek ten, kto nic nie robi…

EG: Racja. To też jest slogan, ale bardzo prawdziwy. Bardziej budujący niż ten, że porażka to nauka. Jeśli nic nie zrobię, będę udawać, że wszystko jest OK, ale tak naprawdę nie osiągam swoich celów.

Tak naprawdę dopiero na tle porażek możemy dostrzec nasze sukcesy... Dobrze jest się ucieszyć z porażki jeszcze z innego powodu. Gdy ktoś osiąga tylko „pasmo sukcesów”, to gdy coś mu się nie uda, odbiera to w kategorii dramatu. Natomiast jeżeli widzimy porażki, które nam się przytrafiają, mniejsze większe, to nas też uodparnia. Radzimy sobie, bo wiemy, że potem będzie lepiej.

Ewa Grochulska, autorka projektu „Żeglowanie przez życie”, a w jego ramach projektu „Steruj życiem” Psycholog – absolwentka UŁ oraz VII Szkoły Trenerów i Psychoterapeutów PSPP o/Kraków, ITG (ujęcie humanistyczne gestalt). Posiada doświadczenie w doradztwie, poradnictwie i terapii dla osób indywidualnych oraz par od 2001 roku. Psycholog – absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego. Certyfikowany Trener Umiejętności Psychospołecznych w Biznesie.

Twierdzi, że praca musi być pasją. Żeglarz, skipper. Mieszanka ekspresji i refleksji, za pasjonujące uważa wszystkie momenty życia, kiedy „z chaosu wyłania się kształt”. http://sterujzyciem.wix.com/sterujzyciem

Zdjęcie: CC BY 2.0, flickr.com, autor: Guilherme Yagui www.flickr.com/photos/yagui7/8350993877

Informacje o publikacji
Cześć. Jestem słynną Majką z portalu MyPolacy.de i jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o portalu lub masz ciekawą informację do przekazania, zapraszam :) München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie