Za złoty medal na olimpiadzie w Moskwie nie dostałem ani złotówki…

· 1.3k odsłon · Skomentuj! · Autor:
Za złoty medal na olimpiadzie w Moskwie nie dostałem ani złotówki…

Kto pamięta słynny niegdyś „gest Kozakiewicza”. Dla przypomnienia trzeba się cofnąć do roku 1980, do olimpiady w Moskwie. Wtedy to polski tyczkarz, po rekordowym zwycięskim skoku pokazał „wała” gwiżdżącej publiczności. O tym, jak oszukiwano by zawodnicy ZSRR mogli zdobyć jak najwięcej medali opowiada, mieszkający od 1985 roku w Niemczech olimpijczyk Władysław Kozakiewicz

- Olimpiada w Moskwie, rok 1980 a olimpiada w Rio, rok 2016…

- W sumie różnicy nie ma. Sportowcy się nie zmieniają, zmieniają się tylko warunki, na przykład bytowe. Słychać, że tegoroczni olimpijczycy narzekają, że coś tam w wiosce olimpijskiej nie do końca jest zrobione, że trochę brudno. Zawodnik jedzie na olimpiadę żeby startować. Liczy się rywalizacja. Sportowcy trenują żeby wygrywać, być najlepszymi na świecie. A przy tym zarobić. Ja za złoty medal na olimpiadzie w Moskwie nie dostałem ani złotówki. Ani za to, że pobiłem rekord świata. To są różnice. Finansowe.

- Obok rywalizacji sportowej niemal zawsze „stała” polityka…

- O tak. Warto przypomnieć, że na olimpiadzie w Montrealu (1976) nie wystąpiły kraje z południowej Afryki, bojkotując kontakty jednej z drużyn z apartheidem w RPA. O tym się dzisiaj nie pisze.. Olimpiadę w sowieckiej Moskwie zbojkotowały państwa zachodnie, z powodu interwencji Związku Radzieckiego w Afganistanie. W Los Angeles (1984) sytuacja się odwróciła. Rosjanie zdecydowali, że „ostblok” nie jedzie na igrzyska. No i zostaliśmy wszyscy w domu, chociaż byliśmy świetnie przygotowani. Mieliśmy nawet zarezerwowane bilety.

- Jeszcze była olimpiada w Monachium, 1972, gdzie doszło do porwania i zabójstwa izraelskich sportowców przez Palestyńczyków.

- … a sportowcy trenują po to, żeby być najlepszymi w swoich dziedzinach. Wystartować i zdobyć medal olimpijski, obojętnie który.

- Pęd do zwycięstwa bywa okupiony niesportowymi zachowaniami. Na przykład dyskwalifikacją Rosjan ze względu na doping. To pokazuje jak niektóre kraje prą do zwycięstwa za wszelką cenę. Pan ma z Moskwy podobne wspomnienia.

- Tamta olimpiada była dla sportowców chyba jedną z najsmutniejszych olimpiad. Trzeba przypomnieć, że to był czas „komuny”, że wtedy był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich a nie Rosja. Organizatorzy tej olimpiady robili wszystko, żeby Rosjanie zdobyli najwięcej medali. Zresztą niedawno podobnie działo się w Soczi. My, zawodnicy, baliśmy się wtedy wielu rzeczy. Na przykład, że mogą nam podmienić probówki z próbkami. To były pierwsze igrzyska, na których odbywały się regularne kontrole antydopingowe. Wcześniej były tylko „seks – kontrole”; kobiety chodziły do ginekologa, żeby potwierdził, że są kobietami.

- Co jeszcze robiono, żeby gospodarze wygrali?

- Taki przykład. W skoku w dal Rosjanin „dostaje” dodatkową czwartą próbę, bo „niechcąco” jedną „spalił” i odpadł. No i trzeba mu było dać drugą szansę. Przecież biedny sowiecki człowiek przekroczył trzy razy „plastelinę”. Mówię tu szczerą prawdę, można to zobaczyć na video. W trójskoku João Carlos de Oliveira, rekordzista świata, skakał dużo dalej niż inni… Podczas jego skoku sędzia przy „belce” czekał, aż drugi sędzia, w piaskownicy pokazał głową, że skok był za długi. I sygnalizowali spalony. Bo chcieli, żeby wygrał Rosjanin, Saniejew. Zresztą prywatnie bardzo fajny człowiek.

- Nikt się temu nie przyglądał z uwagą?

- Z trybun nie było widać, czy ktoś „plastelinę” przy belce przekroczył, a telewizja nie pokazywała miejsca odbicia jak to się dzieje dzisiaj. Teraz technologia jest zupełnie inna. Wszystko można precyzyjnie wyliczyć. Wszystko dzieje się pod okiem kamer. A wtedy? Telewizja pokazywała ogólny rzut, z daleka. Takich „spalonych” Oliveria miał pięć. Zaliczyli mu dopiero jeden słabszy skok, dlatego zdobył tylko brązowy medal.

- A w Pana dyscyplinie, w skoku o tyczce?

- No właśnie. Proszę sobie wyobrazić, ja stoję na rozbiegu, w odległości 40 metrów od poprzeczki. Nie mogłem widzieć, na jakiej wysokości ją ustawiono. 5,40 czy 5,50… Tego się nie widziało. Oni przy pulpicie mieli taką technikę, że mogli stojaki podnosić, elektrycznie. I mogli mi zamiast 5,50 postawić 5,60 a skaczącemu Rosjaninowi – 5,40. To jak ja musiałem wysoko skakać, żeby wygrać. Ja nie wiem, może skoczyłem 5,90 a może nawet 6 metrów.

- Ma pan w pamięci inne przykłady?

- Gdy rzucano oszczepem, otwierali olbrzymie wrota. Gwałtowny powiew wiatru podnosił oszczep i pchał go tak z 5 metrów dalej. To ćwiczono długo przed olimpiadą. Albo dyskobole. Często nie widać, gdzie upadnie dysk. Owszem, czasami wbije się w ziemię, ale zwykle spada płasko i ślizga się po trawie. W Moskwie startował Wolfgang Schmidt, NRD-owiec, najlepszy na świecie dyskobol. Rzucał niewiarygodnie daleko, a sędziowie „znajdowali” ślad po dysku 5 metrów bliżej. A dla Rosjanina, odwrotnie, tak ze 4 metry dalej. Zawsze robili taką różnicę, żeby Rosjanin był pierwszy. W biegach na przykład zabiegano drogę rywalom. Albo w gimnastyce. W drużynie Rumunii była najlepsza na świecie gimnastyczka, Nadia Comaneci. Ale nie wygrała, bo musiała wygrać Rosjanka Nelli Kim. Comaneci ciągle dostawała od sędziów gorsze noty. Rumunia się wtedy postawiła. Po ich proteście uznano, że się sędziowie pomylili i przyznano dwa złote medale. Oszustwa były wszędzie! Liczyło się tylko jedno, żeby Związek Radziecki zdobył jak najwięcej medali. Potem już nigdy w historii tyle nie zdobyli. Dlatego kto poza Rosjanami zagarnął medal, powinien się cieszyć. Tak jak ja…

- Pan wymownym gestem pokazał publiczności, jak się można cieszyć z wygranej. Nie wszystkim to się spodobało. Postulowano wręcz, by odebrać panu złoty medal, a nawet dożywotnio zdyskwalifikować.

- W lekkiej atletyce chyba publiczność była najgorsza. Gwizdano. Zwykle na start zawodnika czeka się w ciszy albo rytmicznie klaszcze. Jak na rozbieg wchodził Rosjanin, była cisza, a jak Polacy, olbrzymie gwizdy. Na stadionie siedziało 70 tysięcy ludzi, z czego 50 tysięcy gwizdało. To naprawdę był potężny gwizd.

- Moskwa to przeszłość, teraźniejszość to Rio. Jak, pana zdaniem wypadną tam polscy zawodnicy?

- Polska poprawiła się w sporcie. Dzisiaj inna jest też motywacja. Każdy z zawodników, który dostanie się do światowej czołówki, nawet ten piąty czy szósty, ma szansę na gratyfikację finansową. W krótkim życiu sportowca to się liczy. Bo my szybko, mając 30-35 lat, stajemy się emerytami. A co do ilości… Z chęcią bym zobaczył, że polscy olimpijczycy przywożą z Rio więcej niż 10 medali.

Rozmawiała Jolanta Reisch-Klose

Informacje o publikacji
Cześć. Jestem słynną Majką z portalu MyPolacy.de i jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o portalu lub masz ciekawą informację do przekazania, zapraszam :) München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie