Ograbieni z języka polskiego, wydawałoby się w dobrej wierze, i tak wracają do niego po latach

· Autor:
Ograbieni z języka polskiego, wydawałoby się w dobrej wierze, i tak wracają do niego po latach
UdostępnijMessengerWhatsapp
Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na:

Wielojęzyczność jest „modą” odkrytą całkiem niedawno. Zbliżoną wiekiem do poprawności politycznej, bezstresowego wychowania czy gender. W rodzinie dwujęzycznej (dla każdego z rodziców inny język jest językiem ojczystym) bardzo łatwo wychować dwu czy nawet multilingualne dziecko. Wystarczy odrobina konsekwencji, gdy każde z rodziców mówi do dziecka w swoim ojczystym języku. Małżeństwa mieszane, które pójdą tą drogą, dają dziecku do ręki potężny oręż - dwa języki na start.

Bilingulane wychowanie dzieci i młodzieży to trend, popularny w wielu krajach Unii Europejskiej, szczególnie w Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. Niemcy mniej zwracają uwagę na ten aspekt, szczególnie jeśli mieszkają we własnym kraju. Polacy, niestety, też. Pojawia się pytanie, czy to wynika w kompleksów, z poczucia niższości czy z innych jeszcze cech, Polacy często wstydzą się ojczystego języka? A może lepiej powiedzieć – wstydzili się, używając czasu przeszłego?

Emigranci z Polski, emigranci nowej daty, głównie przedstawiciele emigracji zarobkowej, stosują dwie strategie, dotyczące zarówno języka jak i szeroko rozumianej „polskości”. Strategie krańcowo rożne.

Strategia pierwsza. Język ojczystego kraju jest równie ważny, jak język kraju, w którym się aktualnie mieszka. Dlatego w ich domu mówi się po polsku, posyła dzieci do polskich, lub dwujęzycznych przedszkoli lub szkół. Coraz więcej powstaje ich w krajach, do których emigrują Polacy. Dzieje się tak również w Niemczech. Czyta się polskie książki oraz aktywnie uczestniczy w życiu polskiej diaspory. To członkowie z takich rodzin działają w organizacjach polonijnych, tańczą i śpiewają w zespołach, kultywujących język i tradycję, tworzą polskie placówki kulturalne, czy współorganizują eventy promujące polską kulturę.

Strategia druga, będąca w opozycji do tej pierwszej. Jest to postawa typu: wyrzekamy się polskości w imię lepszego jutra w nowej ojczyźnie. Im prędzej zapomnimy o kraju, z którego pochodzimy, języka którym mówili nasi przodkowie czyli pozbędziemy się całego bagażu narodowościowego, tym lepiej. Wtedy prędzej wtopimy się w społeczeństwo, zasymilujemy, staniemy się częścią kraju, w którym żyjemy. Nie będziemy odstawać. To nam otworzy drogę do lepszego bytu.

Socjalizm vs Kapitalizm

Tej postawie hołdowali emigranci z socjalistycznej Polski do kapitalistycznych Niemiec. Ich wyjazd miał w dużej mierze podłoże ekonomiczne, podszyte niechęcią do systemu, w którym przyszło im żyć. Wyjazdy organizowano naprędce, często w tajemnicy, a na pewno bez aprobaty władz. Były to w zasadzie wyjazdy w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Ze świadomością, że pozostawionej w Polsce rodziny nie zobaczy się przez długie lata. Być może to było powodem, że decydowano się na szybką i całkowitą asymilację w nowym kraju. Proces „zapominania” języka polskiego, szczególnie wśród dzieci, był z jednej strony wymuszany przez rodziców, z drugiej nierzadko, przez otoczenie, a nawet władze.

Taką drogę przeszła rodzina B. Teresa i Mariana. Oboje mieli 30 lat, spółdzielcze mieszkanie, długi oraz sześcioletnie bliźniaki, Beatę i Roberta, kiedy zdecydowali się wyjechać do RFN. Był rok 1988. Za Odrą mieszkali rodzice Mariana. To miał być ich punkt zaczepienia w nowym kraju. Cały swój dobytek spakowali do żółtego małego fiata i wyruszyli w podroż do Paderborn. Najpierw czekał ich obóz przejściowy a następnie niewielkie mieszkanko w bloku, gdzie gnieździły się inne emigranckie rodziny.

Powoli państwo B poprawiali swój status ekonomiczny, co wiązało się z lepszym mieszkaniem, w lepszej dzielnicy. Dzieciom od razu zapowiedzieli, w domu owszem, można mówić po polsku, ale na podwórku, na ulicy a przede wszystkim w szkole – absolutnie! Tylko język niemiecki. Nie było miejsca na polską szkołę, nawet na polskie bajki. W domu dopuszczalna była tylko niemiecka prasa i literatura. Po niemiecku „gadał” telewizor i radio.

Efekt tego postępowania był taki, że Teresa i Marian mówią po niemiecku bez problemu. Jednak nie pozbyli się całkowicie polskiego dziedzictwa, czasami zwanego też garbem. Po polsku czytają, z czasem obok niemieckiej pojawiła się też polska telewizja. Natomiast młodsze pokolenie zna tylko jedną ojczyznę – niemiecką. Takie też ma obywatelstwo. Po polsku, owszem rozumieją, z mówieniem jest gorzej, kuleje gramatyka i wymowa. Pisanie i czytanie nie wchodzi w rachubę - tego ich nikt nie nauczył. Jednak polskie dziedzictwo odezwało się, gdy Beata i Robert wchodzili w dorosłość. Z niemiecka dokładni, skrupulatni, poukładani poczuli nagle „miętę” do Polski.

Język Polski za pan brat

Dzisiaj, zarówno Beata jak i Robert mają za sobą studia podyplomowe na jednym z polskich uniwersytetów. Nie przyszły im łatwo, bo niemal od podstaw musieli się uczyć czytać i pisać. Obydwoje są w Polsce częstymi gośćmi. I to właśnie w Polsce znaleźli życiowych partnerów. Zrozumieli, że starsze pokolenie zrobiło im krzywdę, ograbiając ich z języka polskiego. - Rozumiem, że rodzice działali w dobrej wierzeBeata stara się zrozumieć motywy ich działania. - Efekt był jednak odwrotny. Dzieci z rodzin, w których kultywowano język polski, wcale nie radziły sobie gorzej. Nie były dyskryminowane, a nawet jeśli zdarzały się takie przypadki – przyznaje szczerze – działały wzmacniająco. Teraz, kiedy świat staje się globalny, kiedy biznes nie zna granic, znajomość kolejnego języka, nawet takiego jak polski, nie zamyka żadnej z dróg a wręcz przeciwnie, stwarza dodatkowe możliwości.

Dlatego teraz wielonarodowościowe rodziny, albo rodziny osiadłe w innym kraju coraz częściej stawiają na bilingwalizm. A jeśli jest ku temu okazja, nawet na więcej niż dwa języki. Tak właśnie dzieje się w rodzinie Katarzyny i Chrisa, małżeństwa polsko - angielskiego, mieszkającego we Frankfurcie nad Menem. Ich córki, Hanna i Cloe, niemal od urodzenia rozmawiają w trzech językach: z mamą po polsku, z tatą – po angielsku, w przedszkolu, szkole czy na placu zabaw – po niemiecku. - Czasami im się te języki plączą, to prawda – przyznaje ze śmiechem Katarzyna. - My jednak jesteśmy konsekwentni. I nawet gdy któraś z córek pyta mnie o coś po angielsku lub niemiecku, twardo odpowiadam po polsku. Zresztą zaobserwowałam śmieszne zjawisko. Nasze córki, mówiące w płynnie w trzech językach, na swój użytek ułożyły swoisty slang. Zbudowały sobie własny język, wybierając z każdego wyrazy najkrótsze i najłatwiejsze w wymowie.

Byt określa świadomość, prawdę tę filozofowie powtarzają od lat. Lepszy byt to lepsza praca. Lepsza praca to lepsze kwalifikacje i znajomość języków. Język polski jest taką samą wartością dodaną do wykształcenia jak angielski, chiński czy niemiecki. Warto o tym pamiętać, mieszkając zarówno nad Wisłą, jak i nad Renem, Tamizą czy Missisipi.

Zdjęcie: CC BY 2.0, flickr.com, autor: Lukas Plewnia www.flickr.com/photos/lplewnia/14829641593

Aplikacja MyPolacy.de
UdostępnijMessengerWhatsapp
Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na:
Informacje o publikacji
München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie