Droga zima dla Polaków? Ogrzewanie nawet o 150 proc. w górę
Unia Europejska szykuje dla Polaków prawdziwą bombę. Już w 2027 roku wejdzie w życie kolejny etap tzw. handlu emisjami ETS-2, który obejmie ogrzewanie i transport. W praktyce oznacza to jedno - zwykli obywatele zapłacą więcej za paliwo i ogrzewanie. Finalnie rachunki mogą być wyższe nawet o 150 proc.Spis treści 📖
1. ETS-2 - nowy system ma zmusić do oszczędzania energii
2. Podwyżki ETS-2 storpedują portfele Polaków?
3. O tyle więcej zapłacą Polacy w Niemczech
4. Czy Polski scenariusz może pojawić w Niemczech?
5. Pożyczka od Unii na zniwelowanie skutków wprowadzenia ETS-2
Eksperci ostrzegają, że zmiany w systemie handlu emisjami ETS-2 odczują mieszkańcy pięciu krajów Europy tj. Polska, Słowacja, Węgry, Czechy i Cypr.
„Wiele gospodarstw wciąż ogrzewa się węglem czy drewnem, a emisje z takich źródeł są wyjątkowo wysokie” - mówi Bernd Weber z organizacji Epico w rozmowie z niemiecką stacją NTV.
Bruksela co prawda przewidziała specjalne fundusze pomocowe, ale większość państw, w tym Niemcy, nie zdążyła nawet złożyć wniosków o pieniądze. Efekt? Kolejna europejska biurokratyczna katastrofa może uderzyć w zwykłych ludzi.
ETS-2 – nowy system ma zmusić do oszczędzania energii
Po dwóch dekadach działania systemu handlu emisjami, który obejmował przemysł i energetykę, Bruksela wprowadza ETS-2.
Jak dotąd udało się ograniczyć emisję CO₂ w przemyśle o niemal połowę - dokładnie o 48 procent. Teraz jednak Unia celuje w zwykłe gospodarstwa domowe. To one odpowiadają za około 40 procent wszystkich emisji. Jak przyznają eksperci, postęp w tych obszarach jest marny.
Nowy system ETS-2 ma wejść w życie w 2027 roku i w teorii ma „zachęcać” obywateli Unii do oszczędzania - szczególnie chodzi o te osoby, które nadal ogrzewają węglem czy drewnem. W praktyce oznacza to droższe paliwo, wyższe rachunki za ogrzewanie i presję, by wymieniać piece lub kupować pompy ciepła.
Podwyżki ETS-2 storpedują portfele Polaków?
Bruksela tłumaczy, że widmo podwyżek cen ogrzewania nawet o 150 proc. w związku z wprowadzeniem zmian w handlu emisjami CO₂ zmotywuje do inwestowania w czyste technologie i mniejsze zużycie energii. Ale wielu obawia się, że zamiast motywacji, Polacy poczują tylko kolejny cios w portfel.
Szczególnie zmianę odczuje blisko 3 mln gospodarstw domowych, dlatego Polska jest zagorzałym przeciwnikiem wprowadzenia ETS-2 wywołujące podwyżki cen paliw i ogrzewania.
O tyle więcej zapłacą Polacy w Niemczech
Na początku Polacy mieszkający w Niemczech mogą odetchnąć z ulgą, ponieważ rewolucja w emisjach nie uderzy w ich portfele od razu z pełną mocą. Za odrą już teraz obowiązują opłaty za dwutlenek węgla w ogrzewaniu i transporcie, więc początkowy efekt ETS-2 będzie ledwie zauważalny.
Obecnie tona CO₂ kosztuje około 55 euro, a po wejściu nowego systemu ETS-2 cena ma oscylować między 50 a 75 euro. Brzmi niegroźnie? Niestety, to tylko cisza przed burzą.
Każdego roku liczba dostępnych certyfikatów CO₂ będzie maleć, co nieuchronnie napędzi wzrost kosztów. Eksperci ostrzegają, że w przyszłości cena może przebić granicę 100 euro za tonę, co finalnie odczuje praktycznie każda osoba mieszkająca w Niemczech, płacąc za paliwo na stacjach i za ogrzewanie.
Czy polski scenariusz drożyzny powtórzy się w Niemczech?
Drastyczna podwyżka, jaka czeka około 3 mln gospodarstw domowych w Polsce, stawia pytanie o to, czy taki scenariusz może pojawić się w Niemczech. Odpowiedź brzmi jasno - nie.
W niemieckim systemie handlu emisjami ETS-2 paliwa i ogrzewanie już teraz podlegają opłatom za CO₂.
Nawet jeśli Bruksela nie zdąży uruchomić ETS-2 w 2027 roku, osoby mieszkające w Niemczech i tak będą płacić za emisje z paliw takich jak benzyna, gaz ziemny czy olej opałowy, bo system w tym kraju już działa na tych zasadach. Berlin nie tylko wdrożył przepisy dotyczące ETS-2 wcześniej niż inni, ale też aktywnie forsował ETS-2 w Unii Europejskiej.
Pożyczka od Unii na zniwelowanie skutków wprowadzenia ETS-2
Bruksela przygotowała ogromną pulę pieniędzy, by złagodzić skutki nadchodzącej reformy ETS-2. Unijny Fundusz Społeczno-Klimatyczny ma pomóc najbiedniejszym gospodarstwom poradzić sobie z rosnącymi kosztami ogrzewania i paliw. W kasie leży 87 miliardów euro.
Jest jeden haczyk ⚠️
Brzmi świetnie? Niestety, jest jeden haczyk. Żeby sięgnąć po te środki, kraje członkowskie muszą przedstawić tzw. Plan Społeczno-Klimatyczny. Termin minął 30 czerwca i większość państw po prostu nie odrobiła pracy domowej. Zawaliły nawet Niemcy i kraje Europy Wschodniej, w tym Polska. Efekt? W 2026 roku pieniądze zostaną zamrożone, zamiast trafić do obywateli, którzy najbardziej ich potrzebują.
Dla Niemiec przewidziano 5,3 miliarda euro, a dla Polski aż 11 miliardów. To nie pokryje wszystkich kosztów transformacji, ale byłby to potężny zastrzyk, który mógłby obniżyć rachunki i przyspieszyć inwestycje w czyste technologie.
Możliwe odzyskanie straconych pieniędzy 💶
Żeby ratować sytuację, w Brukseli pojawił się nowy pomysł: „preloading” – czyli wypłacenie części przyszłych wpływów z handlu emisjami już teraz. Europejski Bank Inwestycyjny mógłby w ten sposób uruchomić nawet 50 miliardów euro natychmiast – coś w rodzaju pożyczki zabezpieczonej przyszłymi dochodami, praktycznie bez odsetek.
Konkluzja 💡
Urzędnicy wierzą, że to rozwiązanie pomoże przekonać sceptyków z Europy Wschodniej i pozwoli ruszyć z ETS-2 zgodnie z planem w 2027 roku - bez cenowego szoku na stacjach benzynowych i rachunkach za ogrzewanie.
Warunek jest jednak prosty: kraje muszą wreszcie przygotować swoje społeczno-klimatyczne plany. Inaczej unijne miliardy znikną w papierach, a zwykli ludzie zostaną z niczym.
Na koniec, eksperci jasno ostrzegają, że reforma klimatyczna UE może rozgrzać do czerwoności portfele obywateli niektórych krajów.
Wykorzystane źródła:
- ntv.de
