Dziecko należy do państwa?

· Autor:
Dziecko należy do państwa?
UdostępnijMessengerWhatsapp
Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na:

Może z nich wyrosnąć kolejny Albert Einstein lub Thomas Edison. Dlatego domowa edukacja, legalna w Polsce, nie cieszy się społeczną estymą. W Niemczech jest jeszcze gorzej. Tam uznana jest za nielegalną a rodzice, chcący w ten sposób uczyć dzieci, płacą wysokie grzywny, trafiają do więzienia albo muszą emigrować.

W styczniu nowy polski rząd „obciął” o 40% wsparcie finansowe na tzw. domową edukację. Temat szybko przemknął przez media i zniknął z publicznej przestrzeni. Wielu ludzi bowiem w Polsce nie wie, że istnieje coś takiego jak „homeschooling” czyli możliwość uczenia własnych dzieci w domu. Taka możliwość prawna pojawiła się w 1995 r i dotyczy w Polsce około 2,5 tyś dzieci i nastolatków (inne źródła mówią o 6 tyś). I, jak donosi środowisko polskich „homeschoolerów”, ta liczba rośnie, bo z każdym rokiem przybywa od 300 do 400 nowych uczniów.

Rodzice zajmujący się domową edukacją, korzystają z własnej wiedzy jak również ze wsparcia nauczycieli. Do dyspozycji mają wiele metod nauczania: edukację klasyczną, opartą na systemie oświatowym danego kraju, nauczanie wg. Charlotte Mason, metodę Montessori, edukację waldorfską, metodę inteligencji wielorakiej, unschoolingu (metoda tzw. naturalnego uczenia się, oparta na zainteresowaniach, potrzebach i celach ucznia). Czasami jest to kompilacja kilku metod.

Edukację domową i prowadzących ją rodziców wspierają szkoły alternatywne, np. organizując cykliczne spotkania naukowe. Sami rodzice również ściśle ze sobą współpracują, co w dobie Internetu i nowoczesnych technologii jest łatwiejsze niż było kilka/kilkanaście lat wstecz.

Uczyć w domu – nic nowego

Patrząc na temat historycznie, to edukacja domowa leży u podstaw edukacji. Guwernerzy, guwernantki, uczyli dzieci w bogatych domach i na dworach królewskich. W dzisiejszym homeschoolingu ich rolę przejęli rodzice. Zresztą rodzice już od początku życia dziecka są z nim, i niemal wszystko co robią jest pewną formą edukacji; uczą chodzić, pokazują świat, etc. Dopiero na późniejszym etapie opiekę nad dzieckiem i jego edukacja przejmują kolejne instytucje: żłobek, przedszkole, szkoła.

Różne są motywy, dla których rodzice decydują się na taką formę kształcenia. Czasami względy zdrowotne nie pozwalają, by dziecko uczęszczało do regularnej szkoły. Czasami blokady psychiczne, nieumiejętność radzenia sobie w grupie. Czasami powodem są poglądy rodziców.

Zwolennicy tej formy kształcenia wspierają się nazwiskami słynnych uczniów, edukowanych w domu, a są wśród nich Elijah Wood, Julian Assange, Thomas Edison czy Albert Einstein.

Zgodnie z prawem lub wbrew

Hommeschooling jest legalny w większości krajów świata. Najbardziej rozpowszechniony jest w takich państwach jak Australia, Nowa Zelandia, Canada, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

W Europie status prawny i popularność tej formy edukacji jest różna. Jest uznany we Francji czy na Węgrzech, tu liczba sięga kilku tysięcy uczących się. Korzystają z niego rodzice w Austrii, Belgii, Czechach, Finlandii i Szwajcarii oraz we wspomnianej wcześniej Wielkiej Brytanii.

W kilkunastu krajach domowe nauczanie jest nielegalne, czy raczej obowiązkowa jest edukacja państwowa, w tym szkoły prywatne. Tak właśnie jest w Niemczech.

Niemieccy politycy i niemieckie sądy uznały, że w ogólnym interesie społeczeństwa leży, żeby wszystkie dzieci chodziły do szkół, kontrolowanych przez państwo. Dlaczego? Bo w ten sposób uniknie się tworzenia się społeczeństw równoległych w oparciu o odrębne przekonania filozoficzne.

Rodzicom, którzy chcą kształcić dzieci według własnego systemu grożą sankcje: grzywny sięgające kilku/kilkudziesięciu tysięcy euro, batalie prawne zakończone odebraniem dzieci a nawet kara więzienia.

Niektórzy próbują…

Obywatelskie nieposłuszeństwo w obronie własnych idei – tak można określić działania rodzin, które w ostatniej dekadzie zdecydowały się nie posyłać dzieci do państwowych szkół i uczyć je w domu.

Względy zdrowotne, to jedyny powód by uczyć dziecko w domu. W Niemczech dotyczy to koło 400 przypadków. Ale względy światopoglądowe już nie. Odczuło to na własnej skórze co najmniej kilkanaście rodzin, w tym członkowie organizacji 12 Tribes ( społeczność chrześcijańska, nawiązująca do retoryki pierwszych chrześcijan i mesjanizmu).

Skąd w ogóle pomysł, żeby porywać się z motyką na słońce czyli walczyć z niemieckim państwem o prawo nauki w domu? Taką możliwość gwarantuje konstytucja, przyznając rodzicom wolność wyznania i prawo do wychowania dzieci w odniesieniu do ich przekonań religijnych i filozoficznych. Tyle teoria. Praktyka jednak nie idzie w parze.

Sprawa trafiła przed oblicze niemieckiego sądu, a ten nakazał posyłać dzieci do szkół, wyrażając nawet twardą opinię, że dzieci należą do państwa. Swoim orzeczeniem poprał go Europejski Trybunał Praw Człowieka, we wrześniu 2006 r, podtrzymując w mocy niemiecki zakaz homeschoolingu. W opinii Trybunału rodzice nie mogą odmówić obowiązku szkolnego na podstawie swoich przekonań. Szkoły to reprezentant społeczeństwa, a w interesie dzieci leży, by stać jego częścią. Prawo rodziców nie idzie tak daleko, aby pozbawić dzieci tego doświadczenia.

Twarde prawo…

Rodziny, które stanęły przeciw niemu, poniosły konsekwencje. Ich przypadki zawsze trafiały na pierwsze strony gazet. Na przykład Dirk i Petra Wunderlich chcieli uczyć w domu czwórkę swoich dzieci. Wbrew zakazowi sądowemu. Co ich spotkało? 20 pracowników socjalnych w asyście policji i służb specjalnych wdarło się do ich domu niedaleko Darmstad i siłą odebrało rodzicom czwórkę dzieci, w wieku od 7 do 14 lat. Po trzech tygodniach pozwolono dzieciom wrócić do domu pod warunkiem, że pójdą do publicznej szkoły. Wenderlichowie przystali na to.

Do Stanów Zjednoczonych wyemigrowała, chociaż niektórzy twierdzą że uciekła, 9-osobowa rodzina Romeike. Powód? Chcieli uczyć dzieci w domu wbrew prawu. W USA musieli stoczyć kolejną batalię o możliwość pozostania w tym kraju. Wjechali tam bowiem z wizami turystycznymi i nielegalnie przedłużyli swój pobyt. Na ich szczęście to w USA ma siedzibę organizacja, mocno wpierająca homeschoolersów, czyli "Home School Legal Defense Association" (HSLDA). Dzięki pomocy prawników rodzina Romeike może wciąż mieszkać na farmie w Tennessee. O azyl w USA, z tych samych powodów co Romeike, starają się Thomas i Marit Schaumowie i ich dzieci.

Do niemieckiego więzienia na siedem dni trafiła Klaudia Brunner z Bad Windsheim, właśnie za nieposyłanie syna do szkoły i chęć uczenia go w domu.

Batalia trwa

Niemieccy zwolennicy edukacji domowej nie poddają się. Podejmują działania na rzecz legalizacji w kraju nad Szprewą tej formy kształcenia. Netzwerk Bildungsfreiheit (Sieć Wolnej Edukacji), niemieckie stowarzyszenie rodziców wybierających edukację domową, jest jednak organizacją niewielką i jak na razie swoją pomoc ogranicza do porad prawnych. Jednak, jak zauważa jej reprezentant Jörg Großelümer, na razie w sądzie przegrali wszystkie sprawy sądowe.

Niemieckich rodziców wspierają koledzy z amerykańskiej HSLDA, którzy tak piszą do niemieckich polityków: nauczanie dziecka w domu nie jest zagrożeniem dla społeczeństwa. Zagrożeniem jest system, który zabrania rodzicom robić to i zmusza do korzystania z państwowej edukacji w myśl hasła: dziecko należy do państwa.

Jolanta Reisch-Klose

Zdjęcie: CC BY 2.0, flickr.com, autor: Rob Shenk, URL: www.flickr.com/photos/rcsj/5045429816

Aplikacja MyPolacy.de
UdostępnijMessengerWhatsapp
Bądź na bieżąco. Obserwuj nas na:
München, ostatnio online:
Wybraliśmy dla Ciebie