Niemieckie pszczoły muszą dojeżdżać do pracy. Powód: rośliny GMO
Pszczelarze w Niemczech coraz częściej zabierają swoje ule (z ich rezydentkami) w długie podróże, aby pszczoły mogły zbierać pyłek z roślin niezmodyfikowanych genetycznie - zwłaszcza kukurydza GMO może zanieczyścić miód.Pyłki kukurydzy GMO sprawiają, że wyprodukowany z nich miód nie spełnia standardów określających przydatność do spożycia przez ludzi, stąd nie może trafić do sprzedaży. Ci, którzy złamią zasady, muszą płacić wysokie grzywny, a nawet mogą trafić do więzienia.
Karl-Heinz Bablok, pszczelarz z Kaisheim w Bawarii, przyzwyczaił już swoje pszczoły do “dojeżdżania do pracy” po werdykcie wydanym przez sąd administracyjny w Augsburgu, który zaznaczył, że to pszczelarze są odpowiedzialni za trzymanie swoich pszczół z dala od pól na których uprawia się rośliny GMO.
“Wolałbym nie trafić do więzienia na trzy lata” - mówi dziennikarzowi agencji prasowej DDP Bablok, mając na myśli sankcje, jakie grożą osobom sprzedającym miód zawierający ponad 4% GMO jako przeznaczony do konsumpcji przez ludzi.
Manfred Hederer, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Profesjonalnych Pszczelarzy (DBIB) wyjaśnia, że sklepy nie przyjmą miodu, którego producent nie przedstawi certyfikatu, że zawiera on mniej niż 4% GMO.
Analiza miodu kosztuje 300 euro za 10 kg, więc pszczelarze wolą dowozić swoje ule w wolne od GMO miejsca, niż analizować każdy garnczek miodu z osobna.
Przykładowo Bablok wozi swoje pszczoły ponad 10 km w jedną stronę i zostawia ule na jakiś czas w jednym miejscu - minie trochę czasu, zanim pszczoły zaczną zbierać pyłek z bardziej odległych rejonów, gdzie uprawia się rośliny GMO. Koszty są jednak wysokie. “Poza innymi kosztami, potrzebne mi są nowe ule, nadające się do częstego transportu i stania na otwartej przestrzeni” - narzeka Bablok. “Każdy ul kosztuje około 100 euro, a potrzebuję ich siedemnastu.”
Do rachunku doliczyć trzeba koszty podróży - pszczelarz musi przewozić ule przynajmniej cztery razy w tygodniu.
Bablok zdradza, że wielu pszczelarzy w okolicy już zrezygnowało ze swojego zajęcia, albo z powodu kosztów, albo wymierania pszczół. “Chociaż nie wiem, czy rośliny GMO mają coś wspólnego z tym ostatnim, nie jestem naukowcem” - zastrzega.
Heike Moldenhauer, ekspertka GMO i przedstawiciel grupy ochrony środowiska BUND, podpowiada, aby pszczelarze zaczęli stosować nacisk komercyjny, tak aby ich problemy trafiły do świadomości publicznej i aby ich waga została doceniona.
Specjalistka mówi: “Jeśli pszczoły nie będą zapylać roślin, możemy na przykład pożegnać się z owocami czy zbożem”.
